Siebie samych nienawidzicie

Siebie samych nienawidzicie

Dodano
Subotnik Ziemkiewicza

Nie pamiętam, czy już o tym pisałem – jeśli tak, na pewno nie do wszystkich dotarło. Jest taki lewicowy kwartalnik „Krytyka Polityczna”, gruby, drogi (choć oczywiście bez dotacji musiałby w tej objętości i nakładzie kosztować jeszcze więcej), który nigdy nie zamieszcza publikowanych tekstów w internecie. Kto chce wiedzieć, co się myśli i nosi w kręgach hołubionej przez salony „nowej lewicy” musi wybulić parędziesiąt złotych, względnie strawić jakiś czas w czytelni. Ponieważ jako komentator powinienem takie rzeczy wiedzieć, staram się każdy nowy numer wspomnianego periodyku przejrzeć. A ponieważ od dłuższego już czasu „Krytyka Polityczna” stała się organizacją intelektualnie jałową – połączeniem przedsiębiorstwa sprawnie konsumującego granty i produkującego w zamian sprawozdania z działalności ze snobistycznym salonem aspirujących artystów oraz intelektulistów pokolenia średniego, nie mogących się doczekać zwolnienia cokołów przez pokolenie Michnika i Wajdy – ograniczam się do pobieżnego przeglądania kwartalnika przy półce w Empiku. W sumie chodzi tylko o zaznajomienie się z nazwiskami i doborem tematów, sposób ich opracowania pozostaje niezmienny i przewidywalny jak socrealistyczne produkcyjniaki.

Jednym z niewielu materiałów, które przykuły moją uwagę, był pewien czas temu obszerny blok tekstów apologizujących walkę Ludu Palestyńskiego przeciwko izraelskiemu, a więc i amerykańskiemu, imperializmowi. Nie zapisałem sobie nazwisk autorów, które zresztą nikomu by nic nie powiedziały, rzecz zresztą jest do sprawdzenia w pierwszej lepszej czytelni. Istotny był ogólny ton. Młoda lewica, ogólnie rzecz ujmując, jest zachwycona bohaterstwem intifady, kibicuje każdej wystrzelonej z Libanu i Strefy Gazy w żydowskie miasta rakiecie, młodzi bojownicy w arafatkach budzą jej głębokie uwielbienie, a nieludzka i barbarzyńska eksterminacja Arabów przez Żydów oraz deptanie ich ludzkich i narodowych praw (tak przynajmniej sytuacja jest we wspomnianych tekstach przedstawiana) – oburzenie. Najciekawsze było jednak co innego: nieuchwytne, ale wyraźne zauroczenie romantyzmem skazanej na walkę Palestyny, beznadziejnością jej sprawy i tego szafowania własną krwią mimo obojętności światowej opinii publicznej i nieskrywanej niechęci rządów światowych mocarstw.

Uważny czytelnik zapewne już załapał, do czego dążę. Bodaj numer wcześniej ukazał się w tej samej „Krytyce Politycznej” artykuł rozprawiający się z mitem Powstania Warszawskiego. Krytyka „dusznych oparów polskiego mesjanizmu”, „narodowej nekrofilii”, „nieznośnego kultu ofiar”, chłostanie polskich insurekcyjnych tradycji jest stałym wątkiem, wręcz osią publicystyki zamieszczanej na internetowych stronach „Krytyki Politycznej”. Szyderstwa z „narodowych mszy”, „nieznośnej martyrologii” – jazdą obowiązkową w każdym publikowanym tam wywiadzie, czy to z panią Holland, czy Szumowską, nie mówiąc już o wyspecjalizowanej w dekonstruowaniu polskiego romantycznego patriotyzmu Agacie Bielik Robson.


Ale zamieńcie zrujnowaną Warszawę na Strefę Gazy, kotwice Polski Walczącej na Arafatki, steny i filipinki na kałasznikowy a pożółkłe Biuletyny Informacyjne na antyglobalistyczne strony i profile w internecie – i to, co w wydaniu rodzimym jest odrażające, obciachowe i pisowskie, podane w sosie lewicowo-antysemicko-antyimperialistycznej egzotyki okazuje się trendy, jazzi i glamour. I młodzi wyznawcy Palikota czy Nowickiej, sikający na znicze z Krakowskiego Przedmieścia, heroiczną walkę ludu palestyńskiego podziwiają z rozdziawionymi gębami, jak fan „Gwiezdnych Wojen” autentyczne miecze świetlne i maski dżedajów prosto z planu superprodukcji.

Ciekawe? Od pewnego czasu na polskiej prawicy przyjęło się określenie „oikofobia”. Sam go używam, bo oddaje istotę emocji, której przyszło nam stawiać czoła – emocji skądinąd typowej dla państw prowincjonalnych i postokolonialnych, a my jesteśmy zarazem jednym i drugim: wyparcia się swojskości, niechęci przechodzącej w nienawiść do własnych korzeni. Ale zanim to mądre określenie, podrzucone przez któregoś z profesorów się pojawiło, mieliśmy inne, wzięte z esejów George’a Orwella, lewicowca bezlitośnie rozliczającego u schyłku życia intelektualne aberracje swej formacji: „nacjonalizm przeniesiony”.

Nacjonalizm przeniesiony – czyli nacjonalizm na odwrót. Nie apologia swojego kraju, przeświadczenie o jego wyższości, ale przeciwnie – pławienie się w nienawiści do niego. Postawa równie irracjonalna, równie nikczemna i bezsensowna, ale w kontekście historycznych doświadczeń Europy z nacjonalizmem nie przeniesionym łatwa i dlatego powszechna.

Jest taka scena w „Żywocie Briana”, jak cały ten film, bardzo śmieszna a przez to dojmująco smutna, gdy bohater, w którym tłuszcza uparła się widzieć mesjasza, klaruje jej bezsilnie: „bądźcie wolnymi ludźmi, myślcie samodzielnie!” – a tłum odpowiada: „tak, nauczycielu, będziemy myśleć samodzielnie! Ale co mamy myśleć samodzielnie?!” Mam nieodparte wrażenie, że taki właśnie, karykaturalny poziom intelektualnej samodzielności prezentują tzw. elity III RP oraz wychowane przez nie ruchy i organizacje „postępowe”. Dojmująca potrzeba jednej, prostej wskazówki, jak być przedstawicielem tego lepszego z gatunków zamieszkujących „ten kraj”. I ta prosta wskazówka jest przez media i autorytety udzielana, łatwa jak walenie cepem: wszystko, co polskie, złe.

Otóż i istota problemu, który napędza wszystkie te celebryckie wywiady, jacy to rzekomo Polacy źli i głupi, określa wybory polityczne, warunkuje dystrybucję śliny i rechotu. Nie inne są powody, dla których pewna grupa ludzi gotowa jest bożyć się i zaprzysięgać, że skoro Polacy boją się islamistów, to islamiści są dobrzy, a islamiści w Polsce to już w ogóle najlepsze, co się może zdarzyć; wmawiać sobie samym wbrew wszystkim oczywistościom, że Jordańczyk czy Albańczyk w sile wieku, który jedzie do Niemiec zdobyć tam zasiłek i mieszkanie, ściągnąć następnych i wraz z nimi skolonizować te bogate, ale zamieszkane przez zdegenerowanych białych starców ziemie dla Allaha, jest wygnaną z Syrii kobietą z dziećmi, która prosi Polskę w imię chrześcijańskiego miłosierdzia o pomoc i opiekę.

Rozum tu nie ma nic do rzeczy – jak nie ma nic do rzeczy w zachwycie nad Intifadą młodych lewaków, w których słowa „Żołnierze Wyklęci” uruchamiają napisany na zachodnich kampusach program „precz z nazizmem”. Rozumem się postawy „pożytecznych idiotów”, głoszących, że islamscy imigranci są w Polsce mile widziani, wyjaśnić nie da. I nie ma co próbować. Tak jak nie ma co próbować racjonalnej polemiki z wrzaskiem o ksenofobii, szowinizmie, nazizmie Polaków, którzy się przed bezczelnym dyktatem Niemiec w sprawie imigrantów burzą. Wszystko, co jest mówione na głos, w wypadku polskiej lewicy i salonów jest tak naprawdę tylko wtórnym racjonalizowaniem odruchu nienawiści do Polaka-katolika, Kościoła, romantyczno-powstańczej tradycji. Co tu długo gadać, kiedy narzuca się parafraza słów Horodniczego z Gogola: nie żadnych nazistów czy ksenoforbów, tylko siebie samych nienawidzicie, i to jest wasz nierozwiązywalny problem.

/ atr

Czytaj także

 0

Czytaj także