Subotnik ZiemkiewiczaSubotnik: Z HGW po Warszawie

Subotnik: Z HGW po Warszawie

Dodano

Czytelników spoza stolicy zapraszam na krótki spacer po najbliższych okolicach mojego miejsca zamieszkania. Proszę się nie obawiać, nie będę ciągał Państwa przez wertepy budowy metra zbyt daleko. W najdalszym punkcie trasy nie oddalimy się bardziej, niż na kilometr.

Rafał A. Ziemkiewicz

To wystarczy, mam nadzieję, żeby wyjaśnić, dlaczego tak wielu Warszawiaków chce już dziś podziękować pani Gronkiewicz Waltz za jej wieloletnie rządy, choć do wyborów w normalnym terminie pozostał zaledwie rok, i choć, jak zapewniają media III RP, jest ona znakomitym prezydentem i nigdy jeszcze od czasów powojennej odbudowy nikt nie rozpoczął w mieście tylu inwestycji co ona. Proszę za mną.

Zatrzymamy się od razu, tu na rogu. Proszę spojrzeć tam − tam stoi pusty, zdewastowany budek szkoły. Kiedyś bardzo wysoko cenionej. Przed kilku laty miasto postanowiło ją zlikwidować, bo bardzo pilnie − bardzo pilnie − miała się tu rozpocząć budowa biurowca. Nie pomogły protesty mieszkańców, apele, listy, szkołę opróżniono z uczniów, otoczono brzydkim jak nieszczęście płotem, i tak sobie stoi do dziś strasząc wybitymi oknami i ogólnie czarnobylskim wyglądem. Na szczęście trochę zajęła się nią grupa bezdomnych, która po zamieszkaniu w opuszczonym budynku zorganizowała się i zaczęła na byłym boisku prowadzić strzeżony parking. Jak miasto dalej będzie tak dynamicznie budować ten biurowiec, to za parę lat bezdomni przejmą swój „squot” razem z całą działką przez zasiedzenie.

Teraz proszę się obrócić. Tu na rogu mamy zrujnowaną kamienicę-widmo, którą już kilkanaście lat temu inspekcja budowlana kazała niezwłocznie rozebrać albo wyremontować, gdyż grozi zawaleniem. Ale z jakichś biurokratycznych powodów miasto dotąd się za to nie wzięło. Ograniczyło się do zamurowania kilka lat temu wejść, tak jakby bezdomni nie umieli się wślizgnąć tak czy owak. Latem bezdomnych tu nie ma, tylko wielka hodowla szczurów, rozłażących się na całą okolicę. Wszyscy, na czele z odpowiedzialnymi za stan rzeczy urzędnikami, czekamy, kiedy się to wreszcie zawali.

A po przekątnej skrzyżowania, na parterze gomułkowskiego bloku odnowionego kolorkiem „róż majtkowy”, widzicie państwo pusty lokal z pięknym czerwonym szyldem „Entrecote de Paris”. Tutaj pewna naiwna dziewczyna, która uwierzyła we wszystkie te opowieści o liberalnej Platformie i  jej Przyjaznym Państwie, postanowiła wykazać się przedsiębiorczością. W Paryżu zachwyciła się klimatyczną knajpką serwującą antrykoty, zastawiła więc mieszkanie babci, kupiła od właściciela licencję na założenie identycznej w Warszawie, wynajęła lokal, uzgodniła sprawę ze wspólnotą mieszkaniową, i zabrała się do remontu. Ale żeby zacząć remont, musiała mieć zezwolenie. Złożyła podanie, i czekała, czekała… Nie żeby urząd odmówił. Urząd po prostu nie udzielił odpowiedzi, mimo wielokrotnych interwencji, błagań, interpelacji i tak dalej. Widać inwestorka czegoś nie zrozumiała, nie zadbała o pozyskanie życzliwości decyzyjnych osób, jak by to powiedzieć − nie dodała do wniosku najważniejszego załącznika… I tak sobie czekała − do dziś, o ile wiem, odpowiedzi nie ma. Zresztą nie ma tu już znaczenia, bo długotrwały jałowy wynajem pochłonął już całe pieniądze z babcinego mieszkania. O, widzicie państwo − właśnie się wyprzedaje dziewczyna z mebli, które miały być wyposażeniem lokalu. No cóż, byznes is byznes, czasem się traci, ale za to ileż doświadczenia zyskała w ten sposób niedoszła restauratorka!

Proszę tam, w stronę Alej Jerozolimskich. Tu po prawej, gdzie zieje ta gigantyczna dziura zasypana częściowo gruzem, była kiedyś poczta. Wyburzono ją kilka lat temu pod budowę kolejnego plaza-center-tower, no i tak zostało. Grunt, że inwestycja została rozpoczęta i odnotowana w statystykach. Ale o to mniejsza, chciałem Państwu pokazać ten wiadukt nad torami kolejowymi. To kolejna inwestycja pani prezydent, rządzącej nami już siódmy rok. Czujecie Państwo tę dziwną stromość, nagle pojawiającą się pod nogami? Nie, nie wydaje się wam. To było tak: remont wiaduktu miał trwać cztery miesiące, i na tyle czasu zamknięto całą ulicę Żelazną. Już po roku − parę miesięcy po tym, jak poszedł z torbami ostatni właściciel zlokalizowanego tu sklepiku, wyprzedając się za bezcen sieciówce − wiadukt był zasadniczo gotów. Tylko, no cóż poradzisz przeciwko żywiołom, za wysoki się okazał. Nie żeby bardzo, ot, paręnaście centymetrów, no, ale do otwarcia się nie nadawał. Rada w radę, po paru miesiącach osiągnęli wreszcie urzędnicy konsensus, że łatwiej niż poprawić wiadukt będzie podnieść do jego poziomu resztę ulicy. No, ale to inny referat, inny zestaw papierów, zezwoleń, zgód, ekspertyz, stempli do przełożenia… Zajęło to drugi rok i jeszcze parę miesięcy. Niemniej, jak widzicie Państwo, udało się. A inwestor, któremu się kropnęło te paręnaście centymetrów wysokości wiaduktu, wygrał potem jeszcze parę przetargów na różne remonty w mieście. I o ile wiem, żadnego innego też nie wykonał w terminie. No, ale przecież każdy zasługuje na drugą szansę. I trzecią. I czwartą. I tak dalej.

Wciąż niewiele się oddaliliśmy, ale skręcimy teraz paręset metrów w lewo, i patrzcie państwo, oto Dworzec Centralny. A tu − przystanek tramwajowy i przesiadka między dwoma głównymi liniami. Tu na tym przystanku jakiś tydzień czy dwa temu wydarzyła się taka chryja: o 7.30 rano, w samym szczycie, wsiadło do tramwaju nr 17 kilku pijanych agresywnych jegomościów i zaczęło terroryzować pasażerów, tłuc butelki po piwie, brzydko się wyrażać i tak dalej. Motorniczy zatrzymał więc tramwaj i, zabarykadowany w swej kabinie, skontaktował się z kierownictwem, a kierownictwo wezwało policję. Policja wysłała nawet dwa patrole, jeden z jednej, z drugiej z drugiej strony, nie wiedzieć czemu zapominając, że tuż obok przystanku ma komisariat dworcowy. Pijacy rozrabiali, tramwaj stał, policja jechała, za stojącym tramwajem stanął drugi, piąty i piętnasty, zablokowane zostało całe rondo, zrobił się korek gigant, a policja jechała, jechała, to znaczy stała w korkach, ale może by w końcu dojechała, gdyby nie to, że pijakom się znudziło i po jakiejś prawie pół godziny wysiedli z tramwaju i poszli gdzieś sobie, przez nikogo nie niepokojeni. Policja, gdy się o tym dowiedziała, z ulgą odwołała niepotrzebną już akcję i stanęła w korkach w przeciwną stronę, tramwaje też ruszyły i jeszcze przed południem paraliż komunikacyjny miasta spowodowany przez czterech (słownie: czterech) bezkarnych pijaków udało się rozładować.

Chodźcie Państwo jeszcze kawałek dalej, przejdziemy na skuśkę, to bliżej będzie, na drugą stronę Pałacu Kultury i Nauki imienia Stalina. O, proszę − oto clou całej mojej opowieści. Widzicie te wertepy i wądoły? To budowa metra. Widzicie ten ohydny blaszany barak? To barak zaplecza budowy metra. Kiedyś stał tu dużo większy stalowy barak, taka hala właściwie, niewiele piękniejsza, choć i nie brzydsza, ale przynajmniej pożyteczna. Mieściły się tu Kupieckie Domy Towarowe, w których można było kupić wszystko to samo, co w otaczających nas wielkich galeriach handlowych, tylko o połowę taniej.

Tu pani prezydent Gronkiewicz Waltz „wielmożność woli swej okazała”. Otóż postanowiła, że furda tam rozgrzebane remonty, nie pozałatwiane sprawy i w ogóle wszystko − ale tych kupców ze śródmieścia wygoni, choćby siłą. I rzeczywiście wygoniła siłą. Kiedy policja odmówiła współudziału, mając wątpliwości co do legalności całej akcji (słuszne, bo potem sąd potwierdził, że była nielegalna, tyle że nic to już nie zmieniło) zatrudniła do bicia kupców prywatnych zbirów z agencji ochrony.

Jakże gorliwie sekundowały jej w tej eksmisji wszystkie tuskolubne media! Z jaką powagą powtarzały, że nie może europejskiej stolicy szpecić brzydki blaszany barak w samym centrum! Że nie ma chwili do stracenia, bo już, zaraz, natychmiast miasto musi rozpocząć budowę Muzeum Sztuki Nowoczesnej, żeby z nią zdążyć, bo już, już, rozpoczyna się budowa drugiej linii metra! Ile to już minęło? Z pięć lat. I patrzcie Państwo, jak to wygląda. A co do tego muzeum, które tak piliło, to miasto do dziś − do dziś! − nie ma nawet zatwierdzonego projektu. No, ale za to galerie handlowe nie mają konkurencji i prosperują. I głowę dam, że ich właściciele nie są tak naiwni jak pani od antrykotów, wiedzą, że trzeba się swoim sukcesem umieć podzielić z ludźmi. I że trzeba umieć się podzielić, żeby odnieść sukces.

Tak, gdyby mieli Państwo ochotę zobaczyć jedyną spełnioną obietnicę pani Hanny Gronkiewicz Waltz, to zabrałbym was jeszcze na Krakowskie Przedmieście, niby to niedaleko, ale przez te wszystkie wądoły, zasieki, płoty i obchodzenie tego domu, co to się przez budowę metra omal nie zawalił, droga się zrobiła nieco uciążliwa. Więc już tylko powiem, co to za spełniona obietnicę można tam zobaczyć. Owoż − nic!

Nic − to znaczy brak pomnika. Tak, t e g o  pomnika. Wszystko się może zdarzyć, żaby z nieba będą padać, piec zacznie mówić ludzkim głosem, ale pomnika Lecha Kaczyńskiego i innych ofiar Tragedii w Smoleńsku pani prezydent postawić w Warszawie nie pozwoli, póki oddycha. Druga linia metra do końca 2012, dwa nowe mosty przez Wisłę, obwodnica i co tam jeszcze, to wiadomo co o tym myśleć − ale w temacie pomnika możemy na niej polegać jak na Zawiszy. No i cóż, w takim Lemingradzie jak Warszawa dotąd tyle jej do utrzymania się przy władzy w zupełności wystarczało. Pewnie teraz się głowi, co się właściwie zmieniło i dlaczego?

Ja nic nie podpowiem. Sami sobie Państwo musicie to wyjaśnić, choćby na podstawie tej krótkiej wycieczki po mojej najbliższej okolicy, wyrobić zdanie.

Czytaj także

 0

Czytaj także