Smród

Dodano

Hakerski lincz na Przemysławie Holocherze, byłym szefie ONR, to sprawa wyjątkowo oburzająca i odrażająca. Wykradzenie i upublicznienie czyjejś prywatnej korespondencji teoretycznie zresztą stanowi przestępstwo, zagrożone karą jest nawet cytowanie tego, co zostało wykradzione i nielegalnie udostępnione. Ale to tylko teoria, bo, po pierwsze, rzecz cała dzieje się w internecie i zapewne każda próba śledztwa zakończy się na stwierdzeniu, iż dany serwer znajduje się poza polską jurysdykcją, a po drugie, ofiarą przestępstwa pada człowiek okrzyknięty przez czerwone i różowe gremia „faszystą”, a wobec takiego każda nikczemność jest przez autorytety z góry rozgrzeszona.

Trudno oczywiście nie czuć obrzydzenia, gdy na „parówach”, jak potocznie określany jest portal Tomasza Lisa, jego sfora roztrząsa zaciekle szczegóły intymnego pożycia państwa Holocherów i pastwi się nad tajemnicami ich alkowy. Jakież to Himalaje hipokryzji człowieka, który przy każdej możliwej okazji świętoszkowato ubolewa nad „tabloidyzacją” polskich mediów i agresją internautów! Człowieka, który w kolejnych numerach „Newsweeka” urządza nam płaczliwą sagę o biednych, prześladowanych Stuhrach, którym wstrętni paparazzi „wsadzili rękę w majtki”! Cóż za oślizłość i obłuda!

Co innego oczywiście by było, gdyby na „wikiliksie” ktoś umieścił zapisy, no, już nawet nie tego jak się Tomek kłóci z Kingą albo Hanią, ale choćby tych na razie znanych w środowisku jedynie z relacji charakterystycznych narad ze współpracownikami w temacie jak i czym „upier…” tego czy tamtego. Już słyszę te chóry autorytetów, które by się wzięły za jego obronę. Na czele oczywiście z Michnikiem, który swego czasu straszył przecież sądem Andrzeja Friszke (skutecznie zresztą) jeśli ośmieli się w jakikolwiek sposób wykorzystać przechowywane w IPN zapisy esbeckich podsłuchów rozmów toczonych w michnikowej kuchni.

No, ale dobrze − to, że mamy po tamtej stronie do czynienia z odrażającymi hipokrytami, to żadne odkrycie. Jest w tej sprawie jeszcze inny aspekt, poważniejszy: kto dokonał włamania na mejlową skrzynkę działacza narodowo-radykalnego i jego fejsbukowe konto.

Mówi się o jakichś hakerach-amatorach związanych z tzw. Antifą. Przypuszczam, że wątpię. Zwłaszcza wchodzenie w konta fejsbukowe wymaga znajomości kodów, których − jak mówią ludzie znający się na rzeczy − nie da się samemu wykombinować, trzeba je po prostu mieć. Mają je oczywiście rozmaite służby, którym podsłuchiwanie, podglądanie i wszelkie „zbieranie danych wrażliwych” jest niezbędne do pracy. Ale z tą wiedzą jest tak, jak z owym tak wysoko cenionym przez ministra Sienkiewicza „monopolem na przemoc”. Służby mają te narzędzia dla siebie i zainteresowane są, aby poza nimi nikt nie był w stanie poufności w sieci zagrozić. To dlatego właśnie luksusową odstawką dla chwili niepracujących na pierwszej linii członków tego swoistego zakonu (bo coś takiego, jak „były funkcjonariusz służb” występuje tylko na cmentarzu) są funkcje rozmaitych konsultantów ds. bezpieczeństwa danych w koncernach informatycznych, telefoniach komórkowych etc.

Albo, albo. Albo rzekomi amatorzy dostali co trzeba od ludzi będących pod kontrolą służb i napaść na Holochera jest elementem prowadzonej przez rząd kampanii kreowania „faszystowskiego zagrożenia”, która ma usprawiedliwić jakiś tuskowy stan wojenny (czy raczej „stan ochroniarski”, zważywszy, do jakiego rozkładu doprowadził służby mundurowe) − albo te nasze służby uległy skrajnemu już spierdołowaceniu i nie nadają się do niczego poza kręceniem lodów na boku, a byle gówniarz zatrudniony przy banowaniu gołych zdjęć na fejsie albo w centralce telefonii komórkowej może stamtąd bezkarnie wyciągać i wynosić co chce.

Obie ewentualności są mało pociągające.

Co z tego wszystkiego wynika dla narodowców? Powiew zapachu krwi. Dostali mocne potwierdzenie, że, tak jak głoszą ich radykalni przywódcy, „to jest wojna”. Że mają do czynienia nie tylko z wrogami polskości, polskiej suwerenności i europejskiej cywilizacji, ale też z wrogami zdolnymi do każdej podłości. Takich lekcji się nie zapomina.

W końcu, dowolny podsłuch kupić mogę w sklepiku na centralnym, do którego mam pięć minut spacerem. Podłożenie go temu czy tamtemu liderowi tamtej strony, by nagrać jak prostacko wyjaśnia prawdziwy sens i cel ich roboty, albo przyłapać na zalotach do sekretarki, to sprawa zupełnie wykonalna. Nie tylko pomagierzy Lisa czy Michnika mają monopol na podstępne wkręcanie się „pod przykryciem” do różnych środowisk i na prowokowacje w rodzaju podawania się za „skruszonego” platformersa z „grupy hakowej” czy dziewczynkę pragnąca się nauczyć, jak zwalczać aborcję. Mnie tam rybka, od dawna przywykłem wszystkie rozmowy telefoniczne i mejle traktować jak potencjalnie podsłuchiwane i podczytywane, a wszystko, czego w życiu mógłbym się wstydzić, opisywać z gruba przesadą w książkach − wszystkie pudelki i wywiady świata mogą mi skoczyć na kant. Ale wiedząc to, co nawet ja wiem o hipokrytach radujących się teraz, że tak boleśnie przywalono „faszyście”, radziłbym im, by się nie czuli bezpieczni. Narodowcy też mogą stworzyć swój wywiad, a opozycyjne media uznać zbydlęcenie mediów prorządowych za rozgrzeszenie. Kto wypuszcza smród, nie powinien liczyć na to, że będą się w nim dusić tylko inni, a powietrze wokół niego jakimś cudem pozostanie świeże.

Czytaj także

 0

Czytaj także