Subotnik ZiemkiewiczaSienkiewicz, czyli Żywina 2

Sienkiewicz, czyli Żywina 2

screen z merlin.pl
screen z merlin.pl
Dodano 1
Subotnik Ziemkiewicza

Proszę mi wybaczyć, ale mam takie zawodowe zboczenie, że na komentowane wydarzenia patrzę zawsze okiem pisarza. A niekiedy zdarzenia z polityki wręcz olśniewają mnie swą literackością. Tak było, gdy przed laty zapoznałem się z historią tragicznej śmierci posła Żywca z „Samoobrony”. Od razu wiedziałem, że w tym właśnie zdarzeniu wspaniale skupiła się, mówiąc Conradem, „jakaś godna zapisania prawda” o naszym kraju, czasach i o nas samych.

Teraz mam podobne odczucie, obserwując upadek ministra Sienkiewicza. To przecież gotowa fabuła, wielki skrót i symbol upadku całej formacji, zwanej polską inteligencją.

Pan Sienkiewicz – którego pójście w ministry od początku nacechowane było jakąś papkinowską błazenadą – jest przecież przedstawicielem innego zupełnie świata niż jakiś tam „Drzewko” czy inne cwaniaczki. Potomek wielkiego pisarza, człowiek wykształcony, o wielkim wyniesionym z domu „kapitale społecznym”. W pewnym momencie ceniony przez wszystkich od prawa do lewa jako przenikliwy analityk i autor błyskotliwych tekstów w prasie.

Ten człowiek w pewnym momencie życia postanawia najwyraźniej zrzucić męczącą go, niczym Artura z „Tanga”, inteligencką czczość, i stać się „macherem”. Imponują mu służby. Imponują mu elity władzy – w III RP mające z kadencji na kadencję charakter coraz bardziej lumpowski. Podziwia twardych facetów, bez skrupułów rozjeżdżających każdego frajera, który im stanie na drodze, a już zwłaszcza pełnych skrupułów inteligencików w rodzaju nieboszczyka Lecha Kaczyńskiego i jego brata.

W końcówce tej fabuły marzenia naszego dziedzicznie obciążonego pisarstwem analityka wydają się – zwłaszcza jemu samemu – spełnione. Zarządza kluczowym resortem, nosi do pracy garnitur, za cenę którego można by ubrać i nakarmić cały krakowski oddział stowarzyszenia literatów, i jako zaufany goniec premiera omawia gangsterskie dile mające pomóc utrzymaniu się jego grupy u władzy.

Jest jak szkolny prymusik, którego łaskawie dopuściły do zakumplowania podwórkowe łobuzy, git-ludzie imponujący wzorowemu uczniowi do nieprzytomności. Stara się więc ze wszystkich sił dowieść, że nie jest mamisynkiem, że jest równie hardy jak oni, a nawet bardziej. Rzuca chujami i kurwami w co drugim zdaniu, przechwala się jak to będzie trzepać „tłustych misiów” a jak który podskoczy, pokazywać, że może jeszcze bardziej oberwać – w ogóle jest „hop do przodu” do granic śmieszności, której nie wyczuwa. Tym bardziej, że od upojenia „jestem prawdziwym kolo, prawdziwym maczo, Sienkiewicz rulez!” zaczyna mu ewidentnie odbijać sodówka, do reszty zaburzając ocenę sytuacji.

Potem oczywiście, jak to w dobrej fabule, jest moment upadku, gdy się okazuje, że całe przekonanie o własnej sile było urojeniem, że nadętego bubka nagrała i przeczołgała własna ochrona, a padrone wypuścił w maliny.

Dominik Zdort przypomniał w dzisiejszej „Rzeczpospolitej” czasy wielkiego nadęcia inteligencji, czy raczej tych wszystkich, którzy się za inteligencję mieli, u samego początku III RP, podczas wyborów prezydenckich Wałęsa-Mazowiecki. Też mi te czasy stanęły przed oczami. Czasy największych wpływów michnikowszczyzny i „Gazety Wyborczej”, demonstracyjnego okazywania pogardy dla „czarnych” i dla „przyśpieszacza z siekierą”, koszulek „bendem prezydentem” i „O take Polskie walczyłem” – dla mnie ich symbolem pozostaną butne słowa – krótko przed wstrząsem, jakim okazały się wyniki I tury – Krzysztofa Pendereckiego: „oczywiście, że na Mazowieckiego, w naszym domu tylko kucharka głosowała na Wałęsę!”.

Gdzieś tam w tej spajającej „dobre towarzystwo” inteligenckiej pogardzie zapewne pławił się też wtedy, a w każdym razie powinien się dla czytelnego spięcia fabuły pławić młody Bartek. Zbuntowany pacyfista z WiP, któremu i którego kolegom wkrótce strasznie zawróci w głowie świat służb specjalnych, poczują się Stirlitzami i Gatesami w jednym, łącząc noszenie długich włosów z pisaniem instrukcji jak przykręcać śrubę opozycji czy z torowaniem drogi „swojemu” kandydatowi na prezydenta zmontowaniem a to jakiejś Jaruckiej, a to kompromitujących materiałów na czyjąś żonę.

A teraz wszyscy się z głupiego Horodniczego śmieją… Przecież to nie jednostkowy los. To upadek całego mitu, całej niegdysiejszej polskiej elity, która zaprzedała się cwaniaczkom i dresiarzom, elity, którą kształtowały legiony i Kościuszko, a której twarzami upadku są z jednej stroni żałośni, żyrujący kłamstwa i świństwa gangsterów Bratkowscy czy Olbrychscy, a z drugiej skazani na wieczną przegraną, nie potrafiący się skomunikować z nową, postpeerelowską i postkolonialną polskością pisowcy, zdolni powtarzać tylko puste już dziś, rymkiewiczowskie zaklęcia, których desygnaty dawno pokrył kurz.

Czyż to nie jest gotowa powieść? Nawet tytuł już gotowy, wręcz się narzuca: „Chuj, dupa i kamieni kupa”.

Proszę dopisać do zapowiedzi wydawniczych.

/ atr

Czytaj także

 1

Czytaj także