Subotnik ZiemkiewiczaĆwicz pamięć z „Wyborczą”

Ćwicz pamięć z „Wyborczą”

Dodano
Subotnik Ziemkiewicza

Chyba pęknę ze śmiechu: „Gazeta Wyborcza” uruchamia specjalny cotygodniowy dodatek dla ludzi pragnących sobie „ćwiczyć mózg” i – to bawi szczególnie – poprawiać pamięć. Bardziej samobójczego pomysłu chyba jeszcze na Czerskiej nie mieli! Od strony rynkowej, nie przeczę, rzecz zapewne ma sens – statystyczny wyznawca michnikowszczyzny wchodzi już w wiek, w którym systematyczna praca nad zachowaniem elementarnej sprawności jest jak najbardziej wskazana.

Ale jeśli nie daj Boże okaże się, że rozwiązywanie krzyżówek i sudoku rzeczywiście działa, że naprawdę skleroza się cofa a zdolność kojarzenia wzrasta? I co, targetowy leming zacznie pamiętać, co w swojej ulubionej gazecie czytał jeszcze parę miesięcy temu? I zauważać, że dziś czyta co innego?

Przypomni sobie, na przykład, które to autorytety, zapewniając o swym niezłomnym poparciu dla partii Tuska, używały argumentu, że może im nie wszystko wychodzi, może nawet im nic nie wychodzi, ale „PO przynajmniej daje gwarancję, że rządzą nami ludzie przyzwoici”. Pamiętacie Państwo tych arbitrów elegancji? Ja zapisałem sobie kiedyś nazwiska i czekam teraz, aż się któryś z nich wyrwie z obroną gwiazd studia nagraniowego „Bursztynowa Komnata & Przyjaciele”.

Posiedzi taki leming nad jolką czy szaradą, i nagle klapka w mózgu się otworzy i wyskoczy z niej dorsz, którego zakup na służbową kartę był dowodem nadużywania przez PiS pieniędzy podatników... Albo wytropienie obiadu, na który śmiał zaprosić do restauracji jakąś oficjalną delegację śp. Lech Kaczyński. I nie dość, że sobie przypomni, to zamiast, jak dotąd, widzieć wszystko osobno, nagle skojarzy, że jakoś się to ma do obyczajów panów ministrów i prezesów z PO, i do niezłomnej postawy Radosława Sikorskiego, że prędzej kto wyciśnie sok z kamienia, niż z niego tysiąc trzysta peelenów za obiad, bo jako ministrowi odrobina luksusu podczas „niepublicznych spotkań” należy mu się jak psu buda.

Przypomni sobie czytelnik „Wyborczej” wskazanie autoryteta, by nie udawać, że bydło to nie bydło i nie daj Boże osadzi je w innym niż pierwotny kontekście? Przypomni sobie, że za rządów PiS może i były po ambasadach „dyplomatołki”, ale nie chłopcy na posyłki szukający dla „pierwszego” cygar czy armaniaku, i że „zbrodnie” IV RP polegały na tym, iż minister sprawiedliwości miał „nielegalnie” informować premiera o jednym z toczących się postępowań? Ba, a jak się bardzo nad rozwiązywaniem łamigłówek napracuje, to może wróci mu pamięć nie tylko z ostatnich tygodni, ale lat – aż do czasów, gdy „najbardziej zasłużonego z Polaków” i największą legendę III RP demaskował pełniący obowiązki Kurski jako prymitywnego antysemitę, który o Unii Demokratycznej miał nie mówić prywatnie inaczej niż per „żydostwo”? Jak jego gazeta gromko zapewniała, że jak najbardziej leży jej na sercu „suwerenność-srenność i inne pierdoły”, wtedy zwane przez nią imponderabiliami?

Najważniejszą ze zdolności, niezbędnych by przynależeć do „dobrego towarzystwa” jest zdolność przystosowania do aktualnej linii. Aktualna linia jest na przykład taka, że wszyscy klną, i nic w tym złego, marszałek Piłsudski też klął, ukrywanie tego, że się na co dzień posługuje barwnym i żywym językiem to po prostu pisowska obłuda.

To zresztą ma swoje plusy – niektóre środowiska szczególnie wiernie trwające przy „naszym najwyższym przywódcy, oby żył wiecznie” zapewne postarają się o to, by być platformerskie już nie tylko treści, ale także i w formie.

„Ależ pan, panie profesorze, w ch... zaj...ł doktorantkę temu łysemu sk...synowi!”, pogratuluje teraz pan dziekan panu prorektorowi gdzieś kuluarach uczelnianego senatu, na co ten równie dystyngowanie da wyraz zadowoleniu: „a co, k..., będzie mi się p...a wp...ła w moją działkę?!” Nadałoby to naszym elitom uczelnianym, które wokół „najwyższego przywódcy” zjednoczył strach przed zawartością „ubeckiego szamba” jakże pożądaną koherentość wzorców mentalnych i modelu ekspresji. Ale co, jeśli jakiś leming, namówimy, by „ćwiczyć mózg z Gazetą” tak go sobie wyćwiczy, że zastanowi go, jak zajadła obrona rządzących dresiarzy ma się do odwiecznej linii, że Oni to Salon, to Elita, Inteligencja, „ludzie na poziomie”, a prawica – jakieś prostaki i wiocha? Że Kaczyńskim trzeba gardzić, bo to przecież cham, który całując kobietę w rękę podnosi jej dłoń o całe dwa centymetry za wysoko, używa niedopuszczalnych w mowie człowieka przyzwoitego wyrażeń w rodzaju „oni stoją tam gdzie ZOMO”, a kiedyś, co już kompletnie obnażyło całe jego prostactwo i brak szacunku, szedł na sejmową mównicę, przez cały czas rozmawiając przez telefon!

Nie mam sił i miejsca, by wyliczyć wszystkie punkty aktualnej narracji, w których przypomnienie sobie, co te same autorytety mówiły w sytuacjach niemal identycznych, tylko takich, kiedy to Kalemu dybano na jego krowy – to niekończąca się lista przykładów bezczelnej i cynicznej hipokryzji. Tylko niewiarygodnej podatności na amnezję i całkowitemu zaniechaniu logicznego myślenia, które odróżniają leminga od człowieka myślącego, zawdzięcza „Gazeta Wyborcza”, że w ogóle ktoś ją jeszcze kupuje.

I taka gazeta, która powinna raczej promować u swych czytelników wszystko co sprzyja hipercholesterolemii, nadciśnieniu i miażdżycy, startuje z tygodnikiem, który ma im pomóc „ćwiczyć sobie pamięć”? To już nie jest przysłowiowy strzał w stopę, to jest odstrzelenie sobie... nie, nie tego, co Państwo myślicie, tego „Wyborcza” nie ma już dawno – myślałem o nodze.

/ atr

Czytaj także

 0

Czytaj także