Subotnik ZiemkiewiczaCuś pierdykło, kierowniku

Cuś pierdykło, kierowniku

Dodano
Subotnik Ziemkiewicza

Smutny uśmiech wywołało na mojej twarzy zderzenie omalże jednego dnia kilku różnych lektur i zdarzeń. Najpierw coś budzącego szacunek: wpis o. Macieja Zachary MIC [http://www.liturgia.pl/blogi/Maciej-Zachara-MIC/O-sztuce-debatowania.html]. Bardzo zachęcam Czytelników, by przed dalszą lekturą mojego Subotnika zapoznali się przynajmniej ze środkową partią tego tekstu. Bynajmniej nie dlatego, że księża Marianie, obok Salezjanów, cieszą się moją szczególną estymą (proszę się nie domyślać Bóg wie czego: Góra Kalwaria i Czerwińsk). I nie tylko z uwagi na fakt, że ksiądz dobrodziej raczył wysoko ocenić moją książkę i bronić jej przed niesprawiedliwymi, delikatnie to ujmując, zarzutami. Nieznany mi osobiście, ale jak widać z jego słów zacny i mądry duchowny troszczy się tu o sprawy, które, jak mniemam – jak wiem na pewno, po setkach spotkań z czytelnikami, widzami i słuchaczami – leżą wielu Polakom na sercu, i nadzieję na załatwienie których wiążą oni z szeroko pojętą prawicą. A do tej prawicy zaliczają zarówno autora, jak i wszystkich bohaterów tego tekstu. Co więcej, zakładają, że wszyscy oni są ludźmi o szczerych intencjach, i jeśli się spierają, to – tak jak widzi to o. Zachara – niedostatki merytoryczne tego sporu wynikają z pomyłki, a nie z założenia.

Tuż po tej publikacji ukazał się kolejny felieton Wencla, potępiający „fobie Ziemkiewicza” oraz kolejny artykuł w tygodniku „W Sieci” judzący – naprawdę nie mogę tego inaczej nazwać – przeciwko „dwóm panom Z.”, promującym jakoby niemiecką politykę historyczną. Podobnie jak wcześniej Wencel, Gontarczyk czy Piotr Skwieciński, teraz Piotr Zaremba wykorzystuje do tego judzenia groteskową karykaturę atakowanych książek, przedstawionych za pomocą licznych insynuacji i manipulacji jako – by pożyczyć frazy ze sławnego skeczu kabaretu „Dudek” – „woda na młyn odwetowców z Bonn”. 

Jednocześnie z tekstem Zaremby blisko związany z „sieciami” portal wpolityce.pl przeprowadził bezprecedensową „sondę”, którą na wieczną rzeczy pamiątkę przytaczam tu w całości:

„Czy polski obóz patriotyczny będzie w stanie jednoznacznie odciąć się od marginalnej grupki prawicy pronazistowskiej, coraz agresywniej promującej tezę o konieczności sojuszu ze zbrodniarzem Hitlerem w 1939 roku?

NIE, to już nurt zbyt silny, zaangażowane są w niego silne osobowości
TAK, coraz wyraźniej widać, że ten nurt kompromituje cały obóz niepodległościowy i atakuje narodową tożsamość
TRUDNO POWIEDZIEĆ, na razie ta grupka nie ujawniła jeszcze swoich prawdziwych celów”
 

Trudno nie uznać tego za drastyczne przekroczenie pewnej granicy, a właściwie aż kilku granic: przyzwoitości, dobrego smaku, a i zwykłej głupoty, bo zapożyczony od komunistycznej propagandy natrętnie perswazyjny język, nie pozostawiający odbiorcy pola do samodzielnej oceny nawet tak niekontrowersyjnych faktów, jak to, czy Hitler był zbrodniarzem, ośmiesza portal Karnowskich skuteczniej, niż wszystkie starania ich przeciwników z obozu rządowego.

Książka Zychowicza, co jest oczywiste dla każdego, kto zna ją choćby ze streszczeń, nie stawia tezy, że należało podpisać antysowiecki sojusz z Hitlerem po to, by pomóc nazizmowi wygrać – ale po to, by nazizm ograć, by wyczekać na odpowiedni moment i po rozprawieniu się rękami Hitlera z totalitaryzmem czerwonym, zmienić sojusze i rozprawić się także z brunatnym. Moja książka zaś w ogóle nie stawia tezy, że należało z Hitlerem wejść w sojusz. Ja piszę tylko, że albo trzeba było wystąpić przeciwko niemu przed Monachium, wspólnie z Francją i Czechosłowacją, albo, skoro to francuskie wezwanie odrzuciliśmy i Hitler zasilony czeską bronią stał się dla nas nie do pokonania, skapitulować potem przed jego wcale nie wygórowanymi żądaniami i pozwolić mu zrobić to, co zamierzał, czyli uderzyć na zachód – zamiast go straszyć, że w każdym razie „wypełnimy swe sojusznicze zobowiązania” (choć wiedzieliśmy, że sojusznik swoich wobec nas wypełniać nie planuje). I w żadnym wypadku nie wolno było przyjmować kłamliwych angielskich „gwarancji”, które były oczywistym, cynicznym popchnięciem Polski do wojny na pierwszy ogień, na zagładę, dla zyskania czasu na naprawienie skutków dotychczasowej brytyjskiej polityki „ułagadzania” Hitlera.

To są tezy, z którymi można polemizować, ale nazywanie ich „pronazistowskimi”, a stawiających je zwolennikami Hitlera, to przejaw skrajnego zbydlęcenia. Nie sposób prowadzić z autorami takich insynuacji polemiki, chyba że za pomocą rękoczynów. Może i szkoda, bo logiczne łamańce Zaremby, który w tym samym tekście zarzuca Zychowiczowi, że pisze co by było gdyby, a tego przecież wiedzieć nie można, mnie natomiast, że nie piszę, co by było gdyby (!), a przecież wszyscy, z Zarembą na czele, to z całą pewnością wiedzą − warte są wypunktowania i obśmiania. Ale trudno zniżać się do punktowania nielogiczności, gdy im towarzyszą tak daleko idącą  agresją, kłamstwo i szczucie.

Optymistycznie można by założyć, że emocjonalne uwarunkowania związane z nazwiskiem Hitlera i romantyczno-naiwną historią II Wojny Światowej są tak silne, iż po prostu odebrały Skwiecińskiemu i Zarembie rozum, że Gontarczyk z sobie znanych przyczyn zapałał „złą chemią” do Cenckiewicza, a nie mogąc atakować go wprost, zwyczajem powszechnym w świecie naukowym, acz nieładnym, gnoi mu „doktoranta”, że wreszcie Wencel robi przede wszystkim w poezji, gdzie egzaltacja i odrzucenie racjonalności są, odwrotnie niż publicystyce, zaletami.

Gdybym tak uważał, nie pisałbym tego tekstu, zostawiając wołania o opamiętanie takim ludziom jak o. Zachara.

Ale propagandowe szarże środowiska Karnowskich na mnie i Zychowicza, a wcześniej na redaktora naczelnego i wydawcę „Wprost” (z podkreślaniem ich fałszywie przedstawianych związków z „Do Rzeczy”) nie są odosobnione. W tym samym mniej więcej czasie, gdy czytelnicy wpolityce.pl głosowali, czy jedynie słuszny obóz prawdziwie patriotyczny rozprawi się z marginalną i agenturalną grupką prawicy pronazistowskiej, dziennikarka „Gazety Polskiej Codziennie” zaczęła publicznie pisać o założycielu Radia Maryja jako o „panu Rydzyku” – manierą, która dotąd kultywowana była tylko przez postkomunistów i palikociarzy. A kiedy zwrócono jej uwagę na niestosowność takiego zachowania, oznajmiła gniewnie, że nie będzie przepraszać, bo dla niej „pan Rydzyk” nie jest żadnym kapłanem, tylko „biznesmeno-politykiem” (jw.)

Przyczyną, dla której wspomniana dziennikarka zaczęła tak postponować o. Rydzyka, była informacja portalu natemat.pl (bardzo niekonkretna zresztą) jakoby po cichu zawarte zostało jakieś antypisowskie przymierze pomiędzy obrażonym pono na Kaczyńskiego redemptorystą a Ruchem Narodowym. Ruch Narodowy nie od dziś jest celem ataków środowiska „Gazety Polskiej”, które od ataków Karnowskich na nasz tygodnik różnią się tylko tym, że miejsce insynuowania „nazizmu” zajmuje insynuowanie „putinizmu”. „Gazeta Polska” też grupuje środowisko patriotyczne, które uważa się za jedyne prawdziwie patriotyczne, i gdy widzi przejawy patriotyzmu nieprawdziwego – a nieprawdziwy to taki, który „rozbija prawicę”, to znaczy kwestionuje wszechwładzę i nieomylność prezesa PiS – to wpada w gniewne uniesienie, w którym nie liczy się nic, poza zdemaskowaniem i zdyskredytowaniem „łże-prawicy”.

Nie chcę tu zresztą wdawać się w skomplikowane stosunki Radia Maryja z „Gazetą Polską”, która pierwsza stała się obiektem agresji o. Rydzyka, w chwili, kiedy ten uznał Telewizję Republika za zagrożenie dla swojej Telewizji Trwam. Gdy rozkręcaliśmy tygodnik „Uważam Rze” pytano mnie czasem – „a czym on się będzie różnić od Gazety Polskiej?” Wyjaśniałem: tym, że my chcemy robić tygodnik, jak najlepszy, opozycyjny tygodnik, dążąc do ideału dziennikarskiej niezależności i na ile to możliwe w kraju formalnej tylko demokracji – bezstronności. A oni chcą zrobić powstanie, i gazetę traktują tylko jako narzędzie do jego wywołania. Uważano to za żart, ale wcale żartem nie było – choć, oczywiście, niekoniecznie chodziło o powstanie w dosłownym znaczeniu.

To samo mógłbym rzec też o ambicjach braci Karnowskich. Nie chcę powtarzać zdartych fraz o hodowaniu żmij na własnym łonie, ale dziś nie mam wątpliwości, że przygotowując się do wyjścia z „Uważam Rze” z własnym tygodnikiem zamierzali pociągnąć za sobą część zespołu, a tych, którzy nie zechcą podporządkować się elicie „młodej Polski”, dyskredytować oskarżeniem, że zostali u Hajdarowicza, który wiadomo czyim jest przyjacielem i skąd ma kapitał. Dokładnie tak, jak to zresztą realizowali, tyle, że w miejsce Hajdarowicza podstawiając Michała Lisieckiego.

To, że Karnowscy mają ambicję być dwugłowym Michnikiem nowej, tym razem patriotycznej transformacji, samo z siebie nie jest powodem do potępienia. Podobnie jak to, że właśnie oni, a nie inni pretendenci do przywodzenia powstaniu osiągnęli porozumienie z wpływowym senatorem, który nieliche ambicje polityczne łączy z wpływem na nieliche pieniądze i postanowił użyć ich do stworzenia swojej, patriotycznej „wajchy” medialnej. Dopóki to porozumienie do monopolu w rządzie prawicowych dusz dąży wykorzystując finansową przewagę do dumpingu, prób zmiażdżenia konkurencji lepszym papierem, powiększoną objętością, stałą reklamą, dodawaniem gadżetów, dokładając do każdego numeru paręnaście, parędziesiąt tysięcy, to cóż – kto bogatemu zabroni. Ale dziś widać, że to nie wystarczyło, skoro heroldowie „obozu patriotycznego” sięgają do obelg i oszczerstw.

Rzecz w tym, że aby być Michnikiem IV RP trzeba zrobić to, co zrobił Michnik III RP. Tak, jak on w drodze do rządu dusz „musiał” zniszczyć Wyszkowskiego, Gwiazdów, Walentynowicz i innych, nierzadko bardziej od siebie zasłużonych, tak i Michnik Nowy-Dwugłowy „musi” puścić z torbami i poniżyć oskarżeniami konkurencję. Taka jest logika rewolucji, ta sama, która znowu każe przedstawicielom konkurencyjnego powstańczego ośrodka wszystkich ogłaszać agentami WSI i Putina. A ich z kolei oponentom rewanżować się za to epitetami zdrajców, którzy sprzedali Polskę Brukseli, i banderowców.

Na dodatek mamy za sobą siedem lat triumfów Tuska, które nie mogły prawicy nie zdemoralizować. Dostaliśmy twardą lekcję – że cynizm, chamstwo i brutalność zawsze popłacają, że dla wroga nie wolno mieć litości, nawet dla poległych w tragicznej katastrofie opłaca się nie mieć skrupułów wdeptać ich w błoto i obszczać, by zdławić rodzący się kult, że słabość karana jest przegraną. Karnowscy przypominają mi przedwojennych oenerowców, z politowaniem patrzących na skrupuły starszego pokolenia endecji, gdy bandyci Piłsudskiego rozprawiali się z opozycją pobiciami, skrytobójstwem, krzywoprzysiężnymi sądami i Berezą. A oni chcieli odpłacać pięknym za nadobne, walić w pysk – przecież tu chodzi o Polskę, o naród, o sprawy najświętsze, rozgrzeszające z każdego użytego środka! Tylko, tak się złożyło, zanim doczekali się możliwości walnąć w pysk Rydza, „musieli” pałek i kastetów używać głównie przeciwko innym odłamom tego samego narodowego radykalizmu.

Rewolucyjne uniesienia ulegają teraz eskalacji, bo sondaże PiS rosną, bo zbliża się moment oczekiwanej zmiany władzy – bo trzeba wskakiwać w bloki startowe, zajmować odpowiednie, kluczowe pozycje do zajęcia w przyszłości kluczowych, odpowiednich pozycji. Trzeba korzystać z każdego pretekstu, by zgnoić potencjalnych konkurentów, nawet jeśli oni wcale do tego wyścigu nie startują, bo nigdy nie wiadomo. Na bok skrupuły, do diabła z przyzwoitością, z zasadami; fakty? – tym gorzej dla faktów. Tu przecież chodzi o Polskę, która zasługuje wreszcie na władzę prawdziwych patriotów. Czyli nas.

Coś pękło w etosie, żalił się przed laty wychowanek udeckich salonów, nie rozumiejąc zresztą natury tego pęknięcia, ale konstatując oczywiste fakty. Mam ochotę powtórzyć dziś to samo, choć bardziej dosadnymi słowami ze znanego kawału (a jeśli nieznanego, to ja go wam tu na pewno nie opowiem). Cóż, pierdykło, i, jak ujął poeta, się już nie sklei. Nie można – że pozwolę sobie przypomnieć niedawny patriotyczny plakat z Piłsudskim, dodany do „Gazety Polskiej” – oddać Polski w ręce „k… i złodziei”. I obawiam się, że im bliższa się wydaje perspektywa wymarzonego zwycięstwa, tym więcej „k… i złodziei”, nazistów, agentów Putina i WSI etc. demaskować będą w powstańczym uniesieniu kandydaci do przewodzenia „obozowi patriotycznemu”,  coraz częściej już nie po „tamtej”, ale po „naszej” stronie.

Jak to piszą na twitterze: #TakaSytuacja

Czytaj także

 0

Czytaj także