Subotnik ZiemkiewiczaSubotnik: Tusku, musisz… spadać?

Subotnik: Tusku, musisz… spadać?

Subotnik: Tusku, musisz… spadać?
Subotnik: Tusku, musisz… spadać?
Dodano

Rafał A. Ziemkiewicz

foto: Πρωθυπουργός της Ελλάδας, wiki

Nie wiem, czy przypomnę sobie wszystkie nasze wielkie międzynarodowe kariery ostatnich lat… Krzysztof Skubiszewski miał zostać sekretarzem generalnym ONZ, po nim tę samą funkcję obejmował Bronisław Geremek, Hanna Suchocka miała być przewodniczącą Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, Leszek Balcerowicz szefem Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Aleksander Kwaśniewski szefem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego… Kogoś pominąłem? No, oczywiście, jeszcze Lech Wałęsa jest naszym nieustającym kandydatem na prezesa kuli ziemskiej, a co najmniej prezydenta Zjednoczonej Europy. Ale tak poważnie, to sukcesy ograniczyły się jak na razie do tego, że Jerzy Buzek przyozdobiony został czysto symboliczną godnością przewodniczącego europarlamentu, a i to tylko na pół kadencji.

I jeśli ktoś sądzi, że szanse Radosława Sikorskiego na fotel baronessy Ashton są większe, niż w wyżej wymienionych przypadkach, to czeka go rozczarowanie. Największe, jak mniemam, dotknie samego zainteresowanego, który najwyraźniej uwierzył w medialną nominację i w udzielanych za granicą wywiadach już teraz wypowiada się zupełnie nie jak szef dyplomacji państwa polskiego, tylko jak rzecznik interesów Unii Europejskiej.

Na eurostołek wysyłany jest też przez media III RP Donald Tusk. I to ponownie, choć z przeciwnej niż kiedyś przyczyny. Czas pewien temu spekulacje o jego szansach na przewodzenie Komisji Europejskiej były elementem propagandy zachłystującej się sukcesami Tuska, obecnie są szukaniem pomysłu, jakby się tutaj Tuska pozbyć. „Jak blisko od chwały do zdrady”, jak to śpiewał Jacek Kaczmarski. Ledwie co premier był zachwalany, dopieszczany, okadzany − a wystarczyło kilka sondaży i, jak pożalił się pewien poseł rządzącej partii, „nawet TVN zaczął nas krytykować”. Słabnięcie PO w kolejnych sondażach, nawet tych pracowni, które zwykle dawały jej najlepsze wyniki, to jedno, ale chyba najbardziej piorunujące wrażenie musiały na propagandystach klasy panującej zrobić badania oceny pracy poszczególnych ministrów. Oto okazało się, że według TNS najgorzej ocenianym członkiem rządu Tuska jest sam Tusk – 64 proc. ocen negatywnych przy zaledwie 20 proc. pozytywnych!

Premier może się pocieszać, że zajął tę pozycję ex aequo z ministrem zdrowia Arłukowiczem (trzecie miejsce na podium zajmuje minister Mucha, tuż za nią uplasował się Nowak) ale minister zdrowia − proszę zerknąć w stare badania − z zasady oceniany jest najgorzej, w każdym rządzie. Tak samo, jak najlepiej oceniani są z reguły Minister Spraw Zagranicznych i Minister Kultury. Nie dlatego, że robią coś szczególnie dobrego, tylko dlatego, że dyplomacja międzynarodowa i kultura to dziedziny, z którymi przeciętny Polak nie ma żadnej styczności, a rozkład służby zdrowia odczuwa na swojej (lub swojej rodziny) skórze prawie każdy.

O ile więc sondaże partyjne można obronić − PO traci w nich nie tyle na rzecz PiS, co potencjalnie sojuszniczego SLD, poza tym traci stosunkowo niewiele etc. − to zrównanie się niepopularnością z ministrem, który z założenia miał być „zderzakiem” jest naprawdę wydarzeniem przełomowym. Jeśli, odwrotnie niż jeszcze niedawno, więcej jest chętnych do popierania PO, niż do popierania Tuska, to wszystkim, których wizja powrotu do władzy PiS przeraża, musi przyjść do głowy myśl: zrzucić Tuska z wozu, posadzić na koźle kogoś bardziej popularnego.

Ha, tylko kogo? Tusk nie był taki głupi, by tej sytuacji nie przewidzieć, przez ostatnich kilka lat wykosił ze swej partii wszystkich potencjalnych następców. Schetyna na premiera nie nadaje się w stopniu najmniejszym z powodu, który da się ująć krótko: „zero charyzmy”. Buzek, swego czasu na takiego następcę szykowany, to powtórka z rozrywki, zresztą trudno go sobie wyobrazić w roli męża opatrznościowego na czas kryzysu. Sikorski swe wysokie notowania zawdzięcza, jako się rzekło, temu, że umyka powszechnej uwadze, gdyby znalazł się w jej centrum, szybko zaskarbiłby sobie podobne uczucia co Nowak.

Oczywiście, pod patronatem Komorowskiego i magdalenkowych mediów można kogoś wypromować nawet od zera (choć jeśli będzie to robione równie zręcznie jak „możeł”, to się skończy żałośnie) ale taki ktoś musiałby nie tylko dać twarz „odnowie”, ale też ogarnąć struktury partyjne i − przede wszystkim − zapanować nad kłębowiskiem grup interesu, których przeciwstawne interesy rozrywają w tej chwili PO i których „Tusku, musisz” był przez kilka lat jedynym zwornikiem.

Wychodzi więc, że z punktu widzenia kibiców władzy Tusk wprawdzie powinien odejść, bo inaczej wygra PiS, ale musi, przynajmniej na razie, zostać, bo jak odejdzie, to też wygra PiS. To dobra wiadomość dla wszystkich, którzy rządzącej formacji i establishmentowi, na którym się ona opiera, życzą wszystkiego najgorszego. Z uwodzicielem jest bowiem tak, że jeśli już został przejrzany, to wszystkie sztuczki, które wcześniej działały na jego korzyść, nagle zaczynają wywierać skutek dokładnie odwrotny. Zamiast rozbrajać i skłaniać, by raz jeszcze „słodkiemu draniowi” uwierzyć − jeszcze bardziej wkurzają, nawet najbardziej w nim dotąd rozkochanych redaktorów i wpatrzone weń redaktorzyce z prorządowych mediów. Ci będą sobie teraz złośliwościami pod jego adresem rekompensować poczucia rozczarowania i wyrzuty, że tak ochoczo mu przez tyle czasu nadskakiwali.

Skądinąd, zauważone przez wszystkich − w wypadku rządzących w formach bardzo gwałtownych, patrz „wyjście z nerw” Niesiołowskiego czy Piechocińskiego − „przestawienie wajchy” w mediach z powyższego mechanizmu wypływa tylko po części. Odnotujmy tu, na zakończenie, nasz, dziennikarzy opozycyjnych, sukces. To właśnie wzrost znaczenia tworzonych przez nas mediów sprawił, że ludzie dotąd bezwstydnie wysługujący się władzy zaczęli się obawiać o swą przyszłość. Uświadomili sobie po prostu, że teraz, gdy jest ich już z kim porównać, jeśli nadal będą tak bezczelnie i na chama jak dotąd uprawiać propagandę, przykrywać wszystko podsuwanymi przez pijarowców Tuska „wrzutkami” i wykręcać kota ogonem, to w końcu najgłupsi nawet czytelnicy i widzowie odeślą ich z ich wazeliniarstwem do diabła. Zrozumieli, że dostrzeganie draństw władzy staje się warunkiem zachowania elementarnej wiarygodności. Więc ci, co dwa miesiące temu jeszcze łasili się do premiera, zadając mu bezkompromisowe pytania, czy jest tym samym Tuskiem, co dziesięć lat temu, czy może innym, i dlaczego od tamtego jeszcze lepszym, ogłaszają nagle, że ten Tusk to obciach, żenada i pośmiewisko, i w ogóle, na bambus, patrzeć już na niego nie mogą. Niechybny znak zbliżania się kolejnej socjalistycznej… pardon, europejskiej „odnowy”.

 0

Czytaj także