Subotnik ZiemkiewiczaCała Polska Trybunałem

Cała Polska Trybunałem

Dodano
Subotnik Ziemkiewicza | Sędziemu Wojciechowi Łączewskiemu, jak wszyscy wiedzą, wybaczenie przez establishment III RP win (przedłużenia śledztwa smoleńskiego i skazania tajniaka za pobicie uczestnika Marszu Niepodleglości), awans, rozgłos oraz środowiskową nagrodę dla „sędziego roku” zapewniło skazanie Mariusza Kamińskiego i jego współpracowników za rzekome nadużycie prawa podczas „afery gruntowej”. Ten wyrok śmierdział mi z wielu różnych powodów, o których pisałem, ale przypomnę pokrótce.

Sędzia Łączewski wydał wyrok sprzeczny z dwoma innymi, wydanymi wcześniej w tej samej sprawie, na podstawie tego samego materiału, przez innych sędziów z tego samego sądu. Samo w sobie skompromitowało to wymiar sprawiedliwości jako swego rodzaju loterię. Absurd pogłębiał fakt, że Łączewski nieprawomocnie uznał za nielegalnie zdobyte przez CBA dowody na podstawie których prawomocnie skazano już uczestników afery. Przysolił przy tym wyrok, jak za przestępstwo urzędnicze, które stwierdził, bezprecedensowo wysoki, pokazowy – trzy lata bez zawiasów (w porównywalnej sprawie o nadużycie władzy przez bezprawne aresztowanie prezesa „Orlenu” Zbigniew Siemiątkowski dostał rok w zawieszeniu). I wreszcie, dostał Łączewski od prezesa swego sądu na przedstawienie pisemnego uzasadnienia tego wyroku (które ustawowo powinno być gotowe w dwa tygodnie) aż pół roku, co oznaczało, że jego ogłoszenie przypadnie akurat na szczytowy punkt kampanii wyborczej do Sejmu. I w istocie tak się stało, a „Gazeta Wyborcza” wydrukowała je zanim jeszcze zostało przedstawione skazanym, PO zaś uczyniła jednym z głównych motywów kampanii – fakt, że nie odegrało to wielkiej roli był skutkiem zmiany nastrojów społecznych, niemożliwej do przewidzenia pół roku wcześniej. 

Teraz sędzia Łączewski znowu jest bohaterem mediów, ale z myśliwego stał się nieoczekiwanie zwierzyną. Otóż prowadząc pod fałszywym nazwiskiem konto na twitterze miał on – według „Gazety Warszawskiej” (wcześniej opisał sprawę portal kulisy24.com ale nie do końca, bo nie ujawniając, o kogo chodzi) skontaktować się z Tomaszem Lisem, nie wiedząc, że konto, z którym nawiązał korespondencję, też nie jest kontem tego, czyje nazwisko na nim widnieje. Biorąc „fejkowego” Lisa za prawdziwego, zganił go, że szkodzi PiS nieumiejętnie, i że on, jako sędzia, może go sporo nauczyć w kwestii, jak można Kaczyńskiego i jego partię zwalczać naprawdę skutecznie. Aby zaś przekonać – jak sądził – Lisa, że warto jego rad posłuchać, ujawnił przed nim, prosząc o dyskrecję, swą prawdziwą tożsamość, na dowód przesyłając swą fotkę, a potem umówił się na osobiste spotkanie w kawiarni, i na spotkaniu tym – co potwierdzają świadkowie – rzeczywiście się stawił.

Jeśli jest to prawda, to sędzia Łączewski powinien wylecieć z zawodu, jego wyrok jest w oczywisty sposób stronniczy, i choć sama sprawa przecięta została ułaskawieniem prezydenta (które opozycja do dziś usilnie hejtuje) to należałoby by podjąć śledztwo w kierunku wyjaśnienia gry operacyjnej, w której sędzia był tylko jednym z elementów, obliczonej na uniemożliwienie Mariuszowi Kamińskiemu i jego polskim „untouchables” objęcie nadzoru nad rozbrykaną bezpieką III RP.

Jest wszelako i druga prawda, czyli wyjaśnienia samego sędziego Łęczowskiego. Ten zaś twierdzi, że wspomnianego konta pod cudzym  nazwiskiem nie prowadził, a więc i nie kontaktował się z fałszywym Lisem, niczego mu nie oferował i na nic nie umawiał. Łączewski twierdzi, że padł ofiarą ataku hakera, który zrobił to wszystko i wykorzystał jego stałe przyzwyczajenie bywania o określonej porze w konkretnej kawiarni. Ta linia obrony trzyma się kupy: włamanie do komputera, przechwycenie fotki etc. to nie są rzeczy dla specjalisty trudne. Można też sobie wyobrazić, że jakiś pisowski Don Pedro zrobił to aby skompromitować wyrok kładący się cieniem, pomimo ucięcia sprawy przez prezydenta, na reputacji szefa tajnych służb. W zasadzie widzę jedną tylko niedoskonałość tej narracji – sędzia Łączewski ogłosił ją dopiero po pewnym czasie, najpierw przez długi czas milczał. Tak sobie wyobrażam, że gdyby ktoś próbował w rzeczy niepopełnione wrabiać mnie, przedstawiłbym prawdziwy przebieg wypadków natychmiast – każda godzina zwłoki rodzi podejrzenia, że zdemaskowany nie wie co zrobić i ustala z adwokatami czy innymi specjalistami, w tym wypadku od sieci komputerowej, jak wybrnąć z sytuacji w sposób dający się obronić czy uprawdopodobnić. No, ale to przesłanka, nie dowód.

Oczywiście reakcje na sprawę są przewidywalne, kto nie lubi III RP i poprzedniej władzy uważa sędziego za skończonego, kto lubi, oburza się na „prowokację” (wprawdzie to akurat słowo nie ma w tym kontekście sensu, ale ponieważ budzi odpowiednie skojarzenia, więc go „Wyborcza” używa) i widzi w całej sprawie potwierdzenie narracji odpędzanych od wpływów elit, że Kaczyński, Macierewicz i Kamiński opierać się zamierzają na służbach, że w odkąd PO i Komorowski przerżnęli wybory, demokracji, wolności i praw obywatelskich w Polsce już nie ma, a jest policyjny reżim etc.

Teoretycznie rzecz rozstrzygnąć może śledztwo, zwłaszcza badanie komputera sędziego – sprawny informatyk znajdzie ślady włamania bądź je wykluczy. W praktyce jednak każde ustalenie tego śledztwa zostanie zakwestionowane. Jeśli śledztwo wykaże, że żadnego włamania nie było, a sędzia jest po prostu, jak to w wielu establishmentowych środowiskach stanowi normę, obsesyjnym wrogiem PiS, wierzącym w ślad za „Wyborcza” i innymi organami propagandy przegrywającego dziś obozu, że trzeba powstrzymać zmiany wszelkimi dostępnymi sposobami, bez względu na prawo i przyzwoitość – to wspomniane organa i tak to zdyskredytują, twierdząc, że prokuratura jest sterowana przez PiS, a eksperci zastraszeni albo ze służb. Przypomnę, że „Wyborcza” zdążyła już na swych łamach wezwać żołnierzy i funkcjonariuszy do nieposłuszeństwa wobec rozkazów wydawanych im przez konstytucyjnych zwierzchników (co zresztą nie przeszkadza jej straszyć „rewolucją”) więc trudno oczekiwać, że się przed czymkolwiek powstrzyma.

To, że ten sam mechanizm działa w odwrotną stronę i żadne ewentualne potwierdzenie niewinności sędziego Łączewskiego i tak nie będzie oznaczać skutecznego oczyszczenia go z zarzutów nie jest pociechą ani usprawiedliwieniem dla nikogo i niczego. Fakt faktem, że walcząc o unieważnienie wyniku wyborów i starając się wolę wyborców jakoś zdelegitymizować w oczach swych zwolenników oraz przyjaciół z Zachodu establishment III RP posunął polityczną licytację poza możliwość skutecznego sprawdzenia.

Podobnych przypadków mamy przecież na stole więcej. Sprawa podsłuchów dziennikarzy przez biuro wewnętrzne policji. Według narracji byłych szefów samego biura – to oszczerstwo byłego komendanta Maja, mające odebrać im wiarygodność, bo odkryli jego dawne nadużycia, według byłego komendanta, to właśnie ujawnienie przez niego nielegalnych podsłuchów sprawiło, że stał się celem fałszywych oskarżeń tych pierwszych. A sprawa Trybunału Konstytucyjnego, w której opozycja okopała się na pozycjach „decyzja przewodniczącego Rzeplińskiego musi zostać bezwzględnie uznana, każdy inny wariant to złamanie Konstytucji” – choć wykonanie tejże decyzji oznacza 18 sędziów w Trybunale, a więc właśnie oczywiste złamanie Konstytucji?

Nie będę udawać, że nie mam zdania, kto tutaj jest mniej wiarygodny – nie ukrywałem zresztą nigdy, że weług mnie najsilniejszym powodem, by darzyć PiS sympatią, są jego wrogowie. Ale trzeba się przecież liczyć, że czasem w konkretnej sprawie rację może mieć ten, komu śmierdzi z ust i był wielokrotnie przyłapywany na rozmaitych świństwach.

Tymczasem wszystko staje się kwestią subiektywnej wiary, zaufania – wobec wciągnięcia wszystkich możliwych instancji w wojnę domową, przeciętny obywatel może polegać tylko na swojej wierze i zaufaniu, albo na swoim zdrowym chłopskim rozumie, w zależności, co u danej osoby silniejsze.

Albo po prostu poczekać na wyraźne rozstrzygnięcie, która strona wygra, i wtedy powiedzieć: no, właśnie, zawsze przecież mówiłem…

 0

Czytaj także