Subotnik ZiemkiewiczaReszta jest świnieniem

Reszta jest świnieniem

Dodano
Subotnik Ziemkiewicza

Najgoręcej broni się tego, co się samemu zmyśliło – taki wniosek wyciągam z szaleństwa, w jakim miotają się upadające elity III RP po wysypaniu kwitów z szafy Kiszczaka. Właściwie nie powinno się tego w żaden sposób komentować. Powinno się wygodnie zasiąść w fotelu i napawać widokiem zupełnie skretyniałych ludzi, czepiających się pazurami kłamstwa, usiłujących oczywistą oczywistość zagłuszyć wrzaskiem, obelgami, zakazać, zabronić myślenia, patrzenia, słuchania… I notować co bardziej soczyste dowody krańcowego ześwinienia i zidiocenia ludzi, którzy przez ćwierć wieku sprawowali rząd dusz nad Polską, wykorzystując to, jak bardzo ogłupiała ona po masakrze wojny i tresurze komunizmu. 

„Nieszczęsny zarządca nieszczęsnego kraju: zajączek z odwagi, świnka z obyczaju” – przypomina mi się, jak żegnano kiedyś innego namiestnika, czyniąc aluzję do jego nazwiska i herbu. Też był dla współczesnych narodowym bohaterem, uczestnikiem insurekcji kościuszkowskiej i napoleońskiej epopei, inwalidą rannym w boju – co mu nie przeszkodziło skończyć jako zaprzedany do spodu łajdak, na usprawiedliwienie którego nawet najbardziej życzliwi mu biografowie nie potrafią niczego znaleźć.

Wałęsa idzie w zaparte. Zaprzecza wszystkiemu, zmienia wersje, trudno za tym nadążyć – w chwili, gdy piszę te słowa zmienił uporczywie wcześniej głoszone „fałszywki” na „wykradzione mu rękopisy”, snadź już wie, że nie udało się IPN-owskich grafologów, badających te kilkaset stron odręcznych donosów i pokwitowań ani przekupić, ani zastraszyć. Krętactwom Wałęsy zapewne nie ma sensu poświęcać większej uwagi, ale przyznacie Państwo, że to akurat jest wyjątkowo smakowite. Elektryk z W-4 w wolnych chwilach czynił rękopiśmienne notatki, tak z potrzeby duszy, co tam który z kolegów mówił o Partii i rządzie, a SB mu je wykradła, a on sobie o nich teraz przypomniał.

Czemu nie, wszystko pasuje. Dla chóru obrońców III RP jest to nawet oczywiste. Podobnie jak to, że Wałęsa dawno się do współpracy przyznał, gdy Wałęsa zawsze zaprzeczał i zaprzecza do dziś. Podobnie jak to, że sześć lat współpracy, kilkaset kart donosów, góra wziętych od SB pieniędzy to tylko „podpisanie jakiegoś świstka”, zupełnie zrozumiałe i wybaczalne w określonej sytuacji historycznej; a znów zakończenie tej współpracy, gdy SB po prostu już przestało zależeć na szczegółowych informacjach z życia prostych stoczniowców i zwijała niezwykle rozbudowaną po Grudniu agenturę – jako akt niezwykłej odwagi.

No i podobnie jak – co najbardziej w całym dyskursie oczywiste i najbardziej eksponowane – że za wszystkim stoi znienawidzony Kaczyński. To on przed laty podsunął Kiszczakowi szaloną niezrealizowaną poetkę, to on zahipnotyzował Tuska, by uczynił prezesem IPN Łukasza Kamińskiego, to on jeszcze w 1970 namierzył nikomu nie znanego elektryka Wałęsę i nakłonił do prowadzenia zapisków, które potem namówił SB, by mu je wykradła… Wszystko po to, by w 2016 rozpętać „kampanię nienawiści”. Najlepszy dowód, że akurat na ten czas (przypadek?) ukrył się w szpitalu. Wszystko pasuje, nie wierzycie? Spytajcie Frasyniuka, Wujca, Balcerowicza, Bogdana Lisa albo Jarosława Kurskiego.

Wszystko się trzyma kupy. I kupa trzyma się wszystkiego. Zwłaszcza tych historycznych porównań: święty Paweł… Piłsudski… Piłsudski zwłaszcza, przecież on też z wywiadem, no i co z tego… Daleko mi do pleniącego się w Polsce kultu Piłsudskiego, ale on z wywiadem japońskim i austriackim zadawał się po to, by zdobyć patronat do antyrosyjskiej dywersji zbrojnej; brał, owszem, od obcych wywiadów pieniądze, ale na POW, na drużyny strzeleckie, na rewolwery, bibułę i powielacze – a sam chodził w jednych pocerowanych gaciach i przez wiele lat żył ze swa Olą na granicy biedy. Tymczasem jedyną sprawą, dla której Wałęsa kapował na knujących w stoczni kolegów, było sprawienie sobie kolorowego telewizora i innych luksusów „wygranych w totka”. Ktokolwiek ma czelność porównywać ich ze sobą, powinien sobie wyszorować jęzor papierem ściernym.

Mówiąc poważnie – jak to możliwe, że tylu ludzi niegdyś poważnych brnie w kretyńskie frazesy o „opluwaniu”, w groteskowe „jestem TW Bolek” czy „dla mnie Wałęsa zawsze będzie i tym podobne”, plus oczywiście „a Kaczyński to…” – i zupełnie zdaje się nie zdawać sobie sprawy, że sam Wałęsa robi z nich największych durniów, dyskredytując swym zachowaniem ich linię „owszem cośtam-cośtam, ale już dawno, wszyscy wiedzieli, przyznał się i odkupił”.

Motywy postępowania każdej z gardłujących w obronie „Bolka” osób są zapewne różne, ale mają wspólny mianownik: obronę istniejącego ładu. Jak to rozprawił się z ewangelicznym cytatem Andrzej Celiński: prawda jest trucizną. Trucizną dla tego ładu, w którym byli towarzysze Wałęsy znaleźli sobie ciepłe miejsca, podobnie, jak ludzie pokroju wspomnianego generała Zajączka po niewygodach różnych kampanii znaleźli je za cenę lizania d… carowi w pseudokonstytucyjnym (tzn. konstytucja istniała w nim tylko teoretycznie, mógłby powiedzieć któryś z ówczesnych przyjaciół Sowy) Królestwie Polskim, zwanym kongresowym. To historyczne podobieństwo narzucało mi się już w „Michnikowszczyznie” (polecam wznowienie, wydaje mi się bardzo na czasie) i od tego czasu stało się jeszcze wyraźniejsze.

Niektórzy z obrońców Wałęsy nie zasługują na najmniejsze zainteresowanie – myślę o starych i młodych komuchach pokroju Jerzego Urbana czy Tomasza Cimoszewicza. Niektórzy zasługują już tylko na litość, jak zeskleroziały Wajda, który swej wściekłości i bezradności wobec porażającej prawdy umie dać upust tylko fizycznym atakiem na kamerę TVP, choć ledwie ciągnie nogi trzymając się „balkonika”. Niektórzy – gdybym miał taką możliwość, powiedziałbym im to w oczy, ale pewnie okazji nie będzie – zasługują na jedno wyjaśnienie. Myślę o ludziach pokroju bardzo emocjonalnie angażującego się w sprawę Frasyniuka i innych działaczach dawnej opozycji.

Otóż, drodzy państwo – usiłujecie mnie przekonać, że Wałęsa, mimo że miał w zamierzchłej przeszłości „epizod” (choć to nie był epizod, a sześć lat regularnego kapowania) do którego „dawno się przyznał” (choć zaprzeczał i zaprzecza) to potem był zupełnie innym człowiekiem, walczył niezłomnie i tak dalej. Z różnych względów przekonać mnie do tego wam się nie udało – im więcej wiem, tym bardziej jawi mi się Wałęsa jako cwaniaczek, który do opozycji został skierowany przez służby PRL. Niemożliwe? Hm, Adolf Hitler, nie porównując osób i dokonań, a wyłącznie mechanizmy gier operacyjnych, też dostał od swego oficera zadanie inwigilowania pewnej robotniczej partii, i po paru latach został, z wielkimi konsekwencjami dla świata, jej przywódcą. A późniejsza kariera „legendarnego przywódcy Solidarności” była wypadkową wielu czynników, wśród których obok własnego sprytu, zdolności uwodzenia  podobnych sobie robotników i załapywania się na nieoczekiwane koniunktury, istotna rolę odegrała także ta konfidencka przeszłość, poparcie SB i nieustająca gra z komunistami „przecież lepiej dla was, żebym to ja tym kierował, niż jakiś radykał”.

Natomiast przekonaliście mnie co do siebie – że z wami jest dokładnie odwrotnie, niż w tym micie, jaki zbudowaliście dla swego przywódcy. Kiedyś mieliście piękne epizody, chwalebne, odważne, chylę przed tą częścią waszej biografii czoła – a potem żeście się poświnili. Nie wszyscy, ale tych niezłomnych, którzy się z wami świnić nie chcieli, jak śp. Annę Walentynowicz i innych, wypluliście z towarzystwa, odrzuciliście, zastąpiliście nawet bohaterami fałszywymi – żeby się dobrze ustawić i poczuć w ułomnym post-PRL-u „u siebie”. „W swoim czasie trzeba walczyć, w swoim czasie się urządzić”. Nie przypadkiem wspominam Zajączka i jego napoleonidów, liżących na starość d… carowi, księciu Konstantemu i Nowosilcowowi. Wszystkie wasze dzisiejsze kłamstwa i histerie są obroną tego życiowego wyboru.

Papiery są na stole – „stało się, lud zna”. „Daremne żale, próżny trud, bezsilne złorzeczenia”. Lepiej już zamilknijcie, jeśli nie chcecie, żeby następne pokolenie traktowało wasze nagrobki tak, jak przed wiekiem warszawiacy nagrobek Zajączka.

/ atr
 0

Czytaj także