Skąd nasz ród

Dodano
Subotnik Ziemkiewicza

Środowisko „Gazety Wyborczej” jest na nieustannej wojnie. Walczy o oczyszczenie świadomości Polaków z tego, co nazywa „nacjonalizmem”, a co dla nas jest patriotyzmem, i oparcie na lojalności wobec Europy i uniwersalnych wartościach lewicy. Walczy o wychowanie „nowego człowieka”, euro-kosmopolity-ateisty, no i oczywiście bezustannie walczy o polityczne powodzenie tych sił, w których widzi gotowość realizowania jej metapolitycznego programu. Walczy o „rząd dusz” nad kulturą, środowiskiem akademickim, Kościołem, a tam, gdzie wyraźnie przegrywa, przynajmniej o dokonanie podziału, wyodrębnienie „słusznej” części i odizolowanie jej od złych wpływów. Walczy o utrzymanie narzędzi „dystrybucji szacunku”, o powiększenie autorytetu oddanych sobie postaci i poniżenie przeciwników, o wpływ na rozmaite nominacje, o narzucenie swojej interpretacji bieżących zdarzeń. Tylko ktoś naiwny mógłby sądzić, że to tylko gazeta, tylko biznes, czy – nawet – tylko polityczna propaganda. To szczytowe przedsięwzięcie pewnego, nazwijmy to, etosu, rojącego o przebudowaniu świata, a co najmniej człowieka, przez przebudowanie mentalności. Przedsięwzięcie, na obecnym etapie, bardzo już skarlałe, mające się do siebie samego z  czasów potęgi tak, jak Ryszard Petru do Bronisława Geremka, Tomasz Lis do Jerzy Turowicza czy „Kuba” Wojewódzki do ks. Tischnera – ale też, jak to zwykle jest z formami przeżytymi, schyłkowymi i usychającymi, niezdolne już samo w sobie skrzesać zdolności skonfrontowania wypracowanego latami paradygmatu myślenia z rzeczywistością, która od czasu kształtowania tego paradygmatu kompletnie mu zaprzeczyła.

Można by rzecz, iż „Gazeta Wyborcza” miała być takim czołgiem, który przejedzie Polskę wzdłuż i wszerz, wszędzie miażdżąc gąsienicami i ogniem to, co stare, i wysadzając swoje desanty. Stała się zaś unieruchomionym w jakimś wykrocie bunkrem, broniącym rozpaczliwie skrawka najbliższego terenu przed napierającym ze wszystkich stron wrogiem. Dowództwo bunkra stara się oczywiście podtrzymać w załodze przekonanie, że niekorzystna sytuacja niebawem się odmieni, nadejdzie odsiecz z zagranicy a za liniami wroga wybuchnie powstanie; ale od czasu do czasu nawet najwierniejszym zbiera się na lamentacje, że dzisiejsza Polska to jakby Republika Weimarska w ostatnich podrygach demokracji, a może już wręcz po jej ostatecznym upadku, i „ludziom na pewnym poziomie” pozostaje tylko pięknie opłakać własne nieuchronne męczeństwo. Więc nastroje w bunkrze falują, od euforii, gdy uda się wyprowadzić na ulicę dwadzieścia tysięcy ludzi i przekonać świat, że było ich pięćdziesiąt tysięcy, po depresję, gdy przychodzi kolejny sondaż, pokazujący że skutkiem dotychczasowych sukcesów jest dalszy wzrost popularności sił „nacjonalistycznych” i spadek poparcia dla tych jedynie słusznych.

Wśród wielu frontów tej toczonej przez „Wyborczą” i inne media Agory wojny chciałbym zwrócić uwagę na jeden, z pozoru marginalny. Oto, choć ma na głowie tyle pilniejszych propagandowych potrzeb, zwróciło dowództwo „Agory” już dwukrotnie uwagę na potrzebę obrony pomników wdzięczności dla sowieckich „wyzwolicieli”, które ponad ćwierć wieku po formalnym odzyskaniu niepodległości wciąż szpecą Polskę tak samo, jak czasów PRL.

Wszyscy znają sprawę, ale przypomnę: IPN postanowił wreszcie uporać się z tą spuścizną sowieckiej kolonizacji i wszystkie „pomniki wdzięczności”, nie będące miejscami pamięci poległych, rozebrać w kibini mater (a chodzi o około pięćset rozmaitych „ubelisków”). Z namiętną krytyką tej decyzji wystąpiły oczywiście władze Rosji, i to jest zupełnie zrozumiałe, bo starają się one zachować przynajmniej symbole stanu posiadania imperium, w nadziei na odbudowanie w bliżej nieokreślonej przyszłości dawnej „strefy wpływów”. Ale wsparcie dla rosyjskich protestów w gazecie, która jak cepem wywija argumentem, że wszystko, co nie jest rozpłaszczeniem przed dyktatem unijnym jest miłe Putinowi, która co chwila próbuje przypisać sobie tradycję antypeerelowskiego oporu, oporników i walki z totalitaryzmem, może dziwić.

A nie powinno. Jeśli przedwczoraj sędziwy profesor Jedlicki, wczoraj Henryk Wujec, a jutro pewnie któryś z etatowych komentatorów „Wyborczej” odgrzewają dawno zapomniane tezy komunistycznej propagandy, że winniśmy Armii Czerwonej wdzięczność (Armii Czerwonej, podkreślam, nie krasnoarmiejcom) bo tylko dzięki niej istniejemy, albowiem siła zbrojna Związku Sowieckiego, zajmując tereny późniejszej PRL, ocaliła nas przed zagładą, do której dążyła III Rzesza – to proszę mi wierzyć, nie jest to przypadek, ekstrawagancja czy jakaś związana z wiekiem słabość jednego czy drugiego pana.

Nie wiem, czy jest sens polemizowania na poważnie z demagogią pokoleń komunistycznych propagandystów. Ale ponieważ, jak pokazuje istnienie Partii Razem, dla ludzi bardzo młodych pewne najoczywistsze rzeczy stały się do tego stopnia zamierzchłą historią, że przestały być oczywiste, pokrótce wyjaśnię. Zarówno Stalin, jak i Hitler w pewnych momentach całkowicie nie wiedzieli potrzeby istnienia Polaków i planowali całkowite nasze wymordowanie – tylko w różnym czasie. Pierwszy był Stalin, który nie tylko planował i częściowo, to znaczy wobec Polaków w ZSSR, zagładę wykonał (tzw. operacja Polska w latach trzydziestych). Hitler w tym czasie chciał w nas mieć sojuszników, czy, mówiąc brutalnie – mięso armatnie do planowanej w dalszej przyszłości walki z Rosją. Zmienił zdanie, gdy Polska wzięła na siebie wojnę, którą Hitler zamierzał wypowiedzieć Francji i Anglii. Wtedy to Niemcy weszły w porozumienie z ZSSR co do likwidacji nie tylko państwa polskiego, ale i Polaków, co w zonie niemieckiej skonkretyzowało się akcją AB, a w sowieckiej kolejnymi falami masowych wywózek na zagładę od głodu, mrozu i pracy ponad siły. 

Gdyby, jak zakładał Stalin, Francuzi wsparci przez Anglików stawili Niemcom równie skuteczny opór jak dwie dekady wcześniej i front na zachodzie stopniowo pochłonąłby zasoby obu stron, aż w odpowiednim momencie Armia Czerwona przeszłaby triumfalnie po trupach wszystkich „burżuazyjno-faszystowskich” uczestników tej wojny aż po Atlantyk, zagłada Polaków w centralnej części kraju dokonałaby się równie skutecznie, jak we wschodniej, i bylibyśmy dziś już tylko wspomnieniem. Na szczęście bieg wojny poszedł inaczej i Stalin odroczył nam wyrok, czy raczej złagodził go tylko do eksterminacji elit i pozostawienia polskojęzycznych mas jako niewolników, bo potrzebował mięsa armatniego do walki z Hitlerem, a pitem do kolejnej planowanej wojny o podbój całej reszty Europy i świata.

Mówiąc krótko, Stalin nas „ocalił” w takim samym stopniu, jak i Hitler – a jeśli dodać jeszcze, że to Stalin właśnie, jako inicjator paktu Ribbentrop-Mołotow, był prawdziwym sprawcą II Wojny Światowej, panowie Jedlicki i Wujec kolportują kompletne brednie, tyle mające wspólnego z historyczną prawdą, co rozmaite protokoły mędrców Syjonu.

Hasło „jaki ten Stalin był, taki  był, ale dzięki niemu żyjemy” ma jednak sens w odniesieniu do środowiska, którego „Gazeta Wyborcza” jest emanacją. W istocie, gdyby Związek Sowiecki nie dokonał podboju Polski, nie eksterminował resztek przedwojennej elity i nie wyniósł na jej miejsce elity nowej, „socjalistycznej” – gdzie byliby dziś ludzie dobrze usadzeni w III RP, jej środowiskowi liderzy, „autorytety”, posiadacze tytułów naukowych i wysokich stanowisk?

Część, by przypomnieć sławne słowa ostatniego genseka PZPR, Mieczysława Rakowskiego, pasałaby krowy. Część byłaby pachciarzami na prowincji czy drobnymi oficjalistami u jakichś obszarników, albo pociłaby się w niegościnnym klimacie Ziemi Świętej, narażona stale na terrorystyczne ataki islamistów. Oczywiście, zawsze istnieją możliwości indywidualnego awansu, ale, generalnie, w hipotetycznej Polsce Warszyców i Rojów, Polsce budowanej przez ludzi pokroju Anody, Inki i księdza Gurgacza, ta butna warstwa społeczna, czująca się dziś strażnikiem cywilizacji w ciemnym, dzikim kraju nad Wisłą, w ogóle by nie powstała.

Prosty leming w takich kategoriach nie rozumuje, ale liderzy polityczno-kulturowej formacji – jak najbardziej. Jaki ten Stalin był, taki był, ale my z niego wszyscy. A raczej – my dzięki niemu wszyscy. Zamknął skutecznie historię tamtej, „pańskiej” Polski, endeckiej i wstecznej, i otworzył nad Wisłą drogę postępowi. Były na tej drodze wypaczenia, było dużo zła, oczywiście – wsadzano do więzień nie tylko tych, którym się należało, ale także i szczerych komunistów, zdarzały się nawet, o zgrozo, akty antysemickie. Ale mimo wszystko – tak się zaczęła historia. Bez Armii Czerwonej nie byłoby „Po Prostu”, Kołakowskiego, „listu do Partii”, świetlicy TPD i „komandosów”, nie doszliby Polacy z obu stron historycznego podziału do Okrągłego Stołu, by tam ustanowić demokrację. Nic by nie było, tylko dalej ten endecki ciemnogród ze swoimi zaściankami, szabelkami i wyssanym z mlekiem matki antysemityzmem. Więc jakże może „Wyborcza” nie bronić pomników „wyzwolicieli”?

 0

Czytaj także