Subotnik ZiemkiewiczaBez pewnej takiej nieśmiałości

Bez pewnej takiej nieśmiałości

Dodano
Zróbmy prosty eksperyment myślowy: wyobraźmy sobie, że jakimś sposobem, nieważne jak, obóz Okrągłego Stołu, dziś będący w opozycji, wraca do władzy – teraz, natychmiast.

I co?

Oczywiście, natychmiast usuwa wszystkie pomniki Lecha Kaczyńskiego i innych ofiar Smoleńska, wstrzymuje budowanie kolejnych, przywraca stare nazwy przemianowanych w ramach dekomunizacji ulic. Wymienia ponownie szefów służb specjalnych, prokuratorów, szefów spółek skarbu państwa, postępowania wobec jej prominentów zostają skutecznie utopione w procedurach i szczegółach, a do telewizji wracają Krasko, Tadla i inni by w przerwach między opowieściami jak cała Europa i świat nas teraz podziwia i szanuje prowadzić niekończące się seanse z Cimoszewiczem, Holland czy Giertychem, wzywającymi do bezwzględnej, ostatecznej eksterminacji i wypalenia gorącym żelazem pogrobowców pisowskiego klerofaszyzmu. A że pisowcy ani myślą się pozwolić dorżnąć, choćby dlatego, że wciąż mają Belweder, w oparciu o który natychmiast rozpoczynają powstanie przeciwko rządzącej targowicy, życie publiczne nie uspakaja się ani na moment. Przeciwnie, jatka jest jeszcze większa i jeszcze bardziej o każde byle co, choć dziś wydaje się to niemożliwe.

Co poza tym? Rząd znowu stanie się objazdowym cyrkiem? Platforma z Nowoczesną ogłaszają kolejną pozorowaną rewolucję legislacyjną?

W każdym razie, kolejki do lekarzy nie maleją, bajzel i loteria w sądach i urzędach są jakie były, nie zmienia się żadna z rzeczy naprawdę dla ludzi ważnych. PO czy Nowoczesna nawet tego zresztą nie obiecują. Są dziś przecież bez reszty skupione na „obronie” tego, co było, zanim PiS doszedł do władzy, na utwardzaniu swego najtwardszego elektoratu.

Ten prosty eksperyment myślowy wykonują miliony wyborców, nawet tego nie zauważając, nawykowo, gdzieś w tyle głowy, za każdym razem, gdy media próbują ich przeciągnąć na tę albo tamtą stronę politycznej wojny. I właśnie jego skutkiem jest sondażowa niezatapialność partii rządzącej, podobna zresztą do tej, jaką swego czasu cieszyła się każda poprzednia ekipa. Mechanizm jest prosty – tak, jak nie wymienia się dobrego na lepsze, tak nie wymienia się złego na złe. Nie wystarczy, żeby obywatele marnie oceniali władzę. Aby chciało im się wykonać cokolwiek w kierunku jej zmiany – choćby tak niewiele, jak skreślenie kogoś innego na wyborczej kartce – muszą jeszcze zobaczyć w kimś bardziej atrakcyjną alternatywę.

Zamiast mnożenia słów i okrzyków, inspirowania kolejnych gremiów prawniczych czy podległych sobie samorządów do symbolicznego rokoszu, opozycja powinna więc odprawić solidną nowennę do świętego Tadeusza. Koniecznie do tego właśnie świętego, bo w niebieskim podziale pracy przypadła mu robota, przypomnę, patrona spraw beznadziejnych. A sytuacja byłej władzy, nie potrafiącej znaleźć się w opozycji, i byłych elit opiniotwórczych, nie umiejących pojąc, że przestały imponować, przewodzić i wyznaczać trendy, jest właśnie beznadziejna. Nie potrafią zanalizować przyczyn swego upadku, nie umieją odczytać nastrojów, nie potrafią znaleźć społecznej emocji, którą mogłyby skutecznie wyrażać (bo ich własny „syndrom odstawienia” to tylko zespół odruchów, a nie emocja) a tym bardziej zbudować swojej narracji. Jedyne co potrafią, to nienawidzić Kaczyńskiego, straszyć Kaczyńskim i jojczyć, jak to strasznie ich Kaczyński skrzywdził, bo powiedział o ZOMO, wykształciuchach czy gorszym sorcie.  

Taka sytuacja oczywiście bardzo rozzuchwala i rządzącą partię, i jej zwolenników. Każdy kolejny sondaż, potwierdzający – wbrew całej wściekliznie antypisowskich mediów i ich autorytetów – ze PiS nadal dominuje nad opozycją, odbierany jest jako zapowiedź, iż władzajego będzie trwać wiecznie.

Godzi się przypomnieć pisowcom, że jak dotąd wszystkie kolejne ekipy, którym Polacy dawali wyborczego bana, zanim przegrały z opozycją, przegrywały same ze sobą. Niszczyła je walka frakcji, żarcie się działaczy o kasę i wpływy, pazerność aparatu i kolesiów, którym doskonale sprzyjało utwierdzane przez sondaże poczucie bezkarności. Mam wrażenie – choć na razie mieści się to bardziej w dziennikarskiej „wiedzy operacyjnej”, niż w tym, co można opublikować i w razie czego obronić w sądzie – że PiS idzie tą samą ścieżką, tylko szybciej. Może dlatego, że poprzednicy nie mieli nigdy samodzielnej większości w Sejmie i to jeszcze przy swoim prezydencie, ani tak głupiej i histerycznej opozycji, więc proces stopniowego „z pewną taką nieśmiałością” posuwania się dalej, coraz dalej, w poszukiwaniu granicy, i przekonywania się, że tej granicy nie ma, zajmował im więcej czasu. W PiS tej nieśmiałości nie widzę.

Dobrym przykładem jest widoczna nawet dla dzieci wewnętrzna walka o TVP. Jej ofiarą pada i sama firma, i – w największym stopniu – ludzie, którzy „dobrej zmianie” zaufali i chcieli normalnie pracować. Sposób, w jaki TVP wyrolowała Piotra Goćka, oferując mu program od kwietnia – na konto czego musiał przerwać współpracę z „Republiką”, ku memu i widzów nieutulonenemu żalowi – a potem zwodząc i zwodząc, aż stanęło, że może od września, ale nic pewnego, to majstersztyk strychania na dudka i dudkania na strychu. Czerwoni, peowcy i peezelowcy też tak oczywiście robili, ale prawicowcom, których chcieli przeczołgać i upokorzyć – swoim nie. Jeszcze bardziej spektakularnie wyrolowała TVP uczynioną twarza „dobrej zmiany” Anię Popek, którą przerzucono do programu Agaty Młynarskiej – narażając na wiele głosów potępienia i innego rodzaju problemy adaptacyjne – by zaraz potem cały program wraz z nią szurnąć do ramówkowej „umieralni”, na szesnastą, co oznacza jego nieuchronną jesienną kasację.

Oczywiście Gociek ani Popek nic PiS-owi nie zrobią i rozsmakowująca się we władzy ekipa może sobie pozwolić, by nimi gardzić, ale w podobny sposób gra ona ze wszystkimi, dając rozliczne sygnały, że nie opłaca się z nią trzymać, bo potem się z dnia na dzień okaże, że jesteś człowiekiem pana K. a powinieneś być pana Cz. (względnie na odwrót) i wypierdykaj, nawet bez słowa dziękuję.

Piszę o telewizji, bo akurat woziła się po Sejmie obiecana na czerwiec ustawa, coraz bardziej przypominająca stary kawał o wielbłądzie (że to koń zaprojektowany przez kolektyw), ale ruchy frakcyjne już, po zaledwie pół roku, paraliżują wiele dziedzin publicznych. Obiecywane otwarcie Zbioru Zastrzeżonego zamiast batem na ubeków i WSI-oków okazuje się jak na razie źródłem haków na partyjnych kolegów, ministrowie puszczają na siebie nawzajem przecieki, prominentni działacze latają do tabloidów i antypisowskich szmatławców z plotkami dyskredytującymi premier, prezydenta i samego prezesa, licząc, że na podsrywaniu innych sami troszkę wyrosną. Tymczasem podatek bankowy działa dużo poniżej oczekiwań, uszczelnienie VAT spełzło na niczym (pewnie dlatego, że jedyny znający się na tym człowiek w ekipie został z niej wylany jako pierwszy), podatek hipermarketowy okazał się jedną wielką katastrofą, ustawa o obrocie ziemią przykręciła śrubę prawdziwym rolnikom, a spekulantów zmusiła tylko do prostego przerejestrowania własności z fizycznych „słupów” na spółki, bo tyle wystarcza, by ją swobodnie obchodzić we wszystkie strony, nowy zaciąg do zarządów i rad spółek skarbu państwa też, delikatnie mówiąc, nie powala... W politycznych działaniach prezesa zaś znowu dochodzi do głosu jego irracjonalna, niezrozumiała skłonność do upokarzania ludzi dla samej przyjemności udowadniania im, że się jest większym i umie przeczołgać, skutkująca obracaniem w zaprzysięgłych wrogów nie tylko potencjalnych, ale nawet szczerych sojuszników i zwolenników – profesor Bugaj z jednej czy Paweł Kukiz z drugiej strony to tylko dwa stosunkowo niedawne przykłady. 

Może i rację ma PiS nazywając swych przeciwników „targowicą”, ale sam się zachowuje dokładnie jak konfederaci barscy, a zwłaszcza ich pierdołowata, skłócona i skupiona na własnych interesach „generalność”, tak barwnie opisana przez Władysława Konopczyńskiego, a jeszcze barwniej przez Karola Zbyszewskiego (odsyłam). Albo, mówiąc bon motem jednego z posłów prawicowej części opozycji, jak grupa rekonstrukcyjna Sanacji – i to z poważną nadreprezentacją Sławojów Składkowskich. „Nikt nam nie zrobi nic, nikt nam nie weźmie nic, bo z nami Śmigły Rydz” (no bo raczej nie Piłsudski)… Póki się, jak to mawiali przodkowie, dzbanowi ucho nie urwie. Tak, tak, jeszcze nieprędko, jak się już rzekło – ludziom się nie chce wymieniać złego na złe. Ale, jak to rzekł pewien pijak patrząc na barowy wentylator: niesamowite, jak ten czas szybko leci. 

/ atr
 0

Czytaj także