Subotnik ZiemkiewiczaPoletko radykałów

Poletko radykałów

Dodano
W czasie wojny, na użytek „drugiego frontu”, wywiad amerykański stworzył niemieckojęzyczne radio dla SS i Wehrmachtu – rozgłośnię, co w sprawie najistotniejsze, jadowicie nazistowską. Wszystko, co nadawała – poza muzyką, o której za chwilę – było zgodne z linią Goebbelsowskiej propagandy nie na 100, ale na 150 procent. Bo na tym właśnie polegał pomysł rozbijania morale niemieckich jednostek, na jaki wpadli amerykańscy spece: zatrudnieni lektorzy zachwalając Hitlera i wieszcząc nieuchronne zwycięstwo doginali jedynie słuszną linię do takiej skrajności, że najprostszy gemajn, słuchając ich przemów, nie mógł nie  odnieść wrażenia, że wódz i jego otoczenie to jeden w drugiego kompletnie psychopaci, a narodowy socjalizm już oszalał na amen.

Co ciekawe, amerykański wywiad nigdy się tą operacją nie pochwalił, przeciwnie, istnienie arcynazistowskiego radia starał się także po wojnie utrzymać w najściślejszej tajemnicy. Sprawa wyszła na jaw zupełnym przypadkiem za sprawą sławnej aktorki i śpiewaczki Marleny Ditrich, której piosenki – ale także i różne odpowiednio zmontowane wywiady i inne wypowiedzi – często w dywersyjnym radio puszczano, by zachęcić żołnierzy do słuchania. I po wojnie Dietrich, która była antynazistką i cały ten czas spędziła na emigracji w USA, stale słyszała w swoim kraju zarzuty, że kolaborowała, występując w najbardziej jadowitej z hitlerowskich szczekaczek – w końcu zaczęła wytaczać procesy, no i po nitce do kłębka wyjaśniło się, jak to było. Możliwe, że to właśnie ta historia zainspirowała Kurta Vonneguta Jr do napisania znakomitej „Matki Nocy”.

Dlaczego jeszcze długi czas po wojnie amerykański wywiad odmawiał przyznania się do bardzo udanej operacji? Być może właśnie dlatego, że była tak bardzo udana. Po co palić pomysł, który można w przyszłości wykorzystać jeszcze raz. Albo może – który się nadal wykorzystuje? Po zakończeniu zimnej wojny służby belgijskie przyznały, że same, nie czekając, aż zrobi to ktoś inny, założyły u siebie po wojnie partię komunistyczną – wykreowały komunistę tak fanatycznego, że żaden inny nie mógł mu dorównać w żarliwości i oddaniu doktrynie, więc przez wiele lat to właśnie wokół niego skupiali się wszyscy, których do tej chorej idei ciągnęło. Podobnie – i znowu, sprawa wyszła na jaw wskutek postępowania sądowego – niemieckie BND musiało się w pewnym momencie przyznać, że to ono wykreowało liderów neonazizmu i założyło za ich pośrednictwem neonazistowską partię, aby mieć środowiska ekstremistyczne pod kontrolą.

Zostawiając na boku historię politycznych prowokacji – ciekawą, ale groźną, bo można wskutek jej studiowania popaść w spiskowa paranoję – wróćmy do wątku kompromitowania radykalizmem. Co i raz odnoszę wrażenie, że znaczna część komentatorów testujących zdrowy rozsądek zwolenników PiS, zwłaszcza internetowych, to w istocie kodomici starający się parodiowaniem i doprowadzaniem do skrajności pisowskiego dyskursu ośmieszyć go i zohydzić. Skądinąd zresztą podobne wrażenie odnoszę zaglądając na strony KOD – wiele, jeśli nie większość wpisów jest tam tak prymitywna, głupia i agresywna, że chyba piszą je dla beki i podpuchy zagorzali pisowcy. Możliwe, że w internetowym półświatku jedni z drugimi zdążyli się już powymieniać miejscami, i wszyscy zajmują się parodiowaniem przeciwników, a raczej swoich wyobrażeń o nich. Kodomitom nie chce się sławić demokracji, bo wolą produkować ośmieszające pochwały w stylu „błogosławionego łona” i wyszukiwać po prawej stronie nie dość gorliwych wyznawców geniuszu Jarosława, a znowu pisowcy zwalniają się z szukania pozytywów w rządach swych faworytów, mnożąc odkrycia, że Kaczyński gorszy jest od Hitlera i Stalina razem wziętych a brutalna pacyfikacja Trybunału Konstytucyjnego to współczesny holocaust?

Cóż, byłoby pięknie, gdyby można było z cała pewnością wiedzieć, że idioci po umownej „naszej” stronie nie są wcale autentycznymi, „naszymi” idiotami, ale wyłącznie świadomymi prowokatorami. Niestety, wielu jest zapewne szczerych fanatyków, dla których świat jest prosty jak konstrukcja cepa, a słowo Prezesa wyjaśnia każdą wątpliwość – zresztą nawet i to nie, bo tego typu natury w ogóle wątpliwości nie mają.  Taki jest świat i w zasadzie jestem do istnienia krzykliwych radykałów przyzwyczajony.


Niekiedy dochodzi jednak do szczególnej erupcji, i wtedy trzeba jednak zwracać uwagę na kretynów, którzy – w sumie nieważne, ze złośliwości, na zlecenie czy z własnej, szczerej głupoty – kompromitują obóz tradycjonalistyczny dociskając wajchę do granic parodii, jak amerykańscy chwalcy geniuszu fuhrera we wspomnianym na początku radiu. Takim momentem był na przykład ostatnio atak sekty wyznawców prezesa na Katarynę. Pretekstem był wywiad blogerki dla „Polityki”. Niezbyt fortunny – Izrael, że użyję takiego porównania, ma zapewne swoje wady, ale iść z ich krytyką do gazetki Hamasu to rzecz ani rozsądna, ani piękna. Cóż, nie moja gęba, nie moje buraczki, jak się mówiło w latach mej młodości – fakt faktem, że nie było w wywiadzie nic, czego by Kataryna wcześniej o PiS nie napisała w swoich felietonach czy na społecznościówkach. Co więcej, wiele z jej pretensji do rządzącej partii zgodne jest z tym, co znaleźć można w tekstach innych kojarzonych z prawą stroną komentatorów, nawet z tak ortodoksyjnych środowisk, jak – mówiąc językiem panów G. – „zaprzyjaźniony tygodnik rybacki”.


Błąd blogerki polegał na tym, że pozwoliła zilustrować wywiad zdjęciem. Co prawda takim, na którym widać tylko zarys szczęki, ale to wystarczyło jakiemuś archiwiście-amatorowi (albo i nie amatorowi) żeby znaleźć jej zdjęcie, na którym odbiera od prezydenta Komorowskiego odznaczenie za działalność w sektorze pozarządowym. No i zaczęły się demaskacje, począwszy od ujawnienia nazwiska, przez rachunki fundacji, po lepperowskie pytania, za co te granty i na co poszły.

Sugestia, że PO płaciła Katarynie za to, żeby ją krytykowała, a teraz krytykuje ona PiS, bo PiS jej nie chce płacić, jest co prawda, delikatnie mówiąc, niezbyt logiczna. Równie idiotyczne jest wymaganie od osoby, było nie było, nigdy do PiS nie należącej i niczym nie zobowiązanej wobec tej partii do lojalności, żeby bezwarunkowo popierała, odkładając własne zdanie na półkę, bo tu się toczy walka o Polskę. No, a kiedy za próbę zachowania anonimowości atakują Katarynę w niewybrednych słowach jakiś „smok05”, „antyleft” czy inne cudaczne nicki, to już zupełny śmiech na sali.

Gwoli uczciwości trzeba pamiętać, że na dużo większą skalę analogiczne zjawisko dyscyplinowania wątpiących odbywa się po stronie przeciwnej – przy czym tu hejt urządzają nie jakieś internetowe anonimy, ale czołowi publicyści i inne autorytety. I w tym jest pewna nadzieja. Kogo zdołają zrazić do PiS jakieś smoki czy antylefty, ten zawsze może sobie poczytać wstępniaki Jarosława Kurskiego czy Wojciecha Maziarskiego i się naprostować.

/ atr
 0

Czytaj także